dla wszystkich fanatyków sportu i nie tylko.....
niedziela, 22 lipca 2018
Odeszła Irena Szewińska [*]

Zmarła Irena Szewińska, była lekkoatletka, medalistka olimpijska, wiceprezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Miała 72 lata. O jej śmierci poinformował mąż Janusz Szewiński.

- Irena zmarła około godziny 23.30 w Warszawie, w szpitalu przy ulicy Szaserów. Od dłuższego czasu zmagała się z chorobą, ale ostatnio dobrze się czuła. Niedawno była przecież na Pikniku Olimpijskim - powiedział Szewiński.

Wybitna lekkoatletka z początkiem 2014 roku przeszła chemioterapię, ponieważ wykryto u niej nowotwór, z którym walczyła już wcześniej. Wydawało się, że zwycięży bezwarunkowo, ale nowotwór wrócił. Szewińska nie poddała się, dalej walczyła z chorobą i nawet nie zrezygnowała z wyjazdu na zimowe igrzyska do Soczi.

Irena Szewińska to najwybitniejsza lekkoatletka w dziejach polskiego sportu. Siedmiokrotna medalistka igrzysk olimpijskich - 3 złote (Tokio 1964 - sztafeta 4x100 metrów, Meksyk 1968 - bieg na 200 metrów, Montreal 1976 - bieg na 400 metrów), 2 srebrne (Tokio 1964 - bieg na 200 metrów i skok w dal) oraz 2 brązowe (Meksyk 1968 - bieg na 100 metrów, Monachium 1972 - bieg na 200 metrów).

Szewińska była również dziesięciokrotną medalistką mistrzostw Europy (5 złotych, 1 srebrny i 4 brązowe). Nasza reprezentantka dołożyła do tego 6 krążków halowych mistrzostw Europy (3 z nich - 2 złote i 1 srebrny zdobyła jeszcze na halowych igrzyskach europejskich, które były pierwowzorem HME). Ponadto na HME wywalczyła srebro i 2 brązy.

Rekordzistka Polski, Europy i świata w biegach na 100, 200, 400 metrów, w skoku w dal i sztafetach. Uznana najlepszą sportsmenką świata w 1974 roku. Irena Szewińska w latach 1965, 1966, 1974, 1976 wygrywała plebiscyt "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca Polski, a w latach 1964, 1968, 1975, 1977 zajmowała w nim 2 miejsce.

Po zakończeniu kariery działaczka polskiego i międzynarodowego ruchu sportowego, członek MKOl. W latach 1997-2009 Szewińska sprawowała funkcję prezesa Polskiego Związku Lekkiej Atletyki.

W 2016 roku otrzymała najwyższe polskie odznaczenie - Order Orła Białego. Była pierwszą przedstawicielką sportu, której przyznano takie wyróżnienie.


źródło: onet.pl




sobota, 21 lipca 2018
Od GP Australii do GP Wielkiej Brytanii 2018: Sebastian Vettel, czy Lewis Hamilton? Kto zdobędzie piąty tytuł?

W związku z natłokiem codziennych obowiązków i innymi wydarzeniami częstotliwość wpisów na moim blogu znacznie zmalała. Czas więc zatem nadrobić zaległości. Zacznę od F1, która w tym sezonie da nam odpowiedź na pytanie, kto zdobędzie 5-ty tytuł mistrza świata - Niemiec Sebastian Vettel (Ferrari), czy też Brytyjczyk Lewis Hamilton (Mercedes)?

Premierowe GP Australii okazało się szczęśliwe dla Vettela - Niemiec pomimo, iż startował za plecami Fina Kimiego Raikkonena (Ferrari) oraz Lewisa Hamiltona to dzięki inteligentnej taktyce swojego zespołu zdołał sięgnąć po zwycięstwo. Dla kierowcy włoskiej stajni była to już 48 wygrana w karierze. Wyścig na 2 miejscu ukończył Hamilton, a skład podium uzupełnił wspomniany Raikkonen. W GP Bahrajnu Vettel był najlepszy od początku do końca - najpierw wywalczył pole position w kwalifikacjach, a następnie jako pierwszy przekroczył linię mety w wyścigu głównym. Hamilton, który ruszał z 9 miejsca (kara za nieregulaminową wymianę skrzyni biegów) i tak może być zadowolony z ostatecznego rezultatu, ponieważ na metę przyjechał jako trzeci. Vettela i Hamiltona na podium rozdzielił Fin Valtteri Bottas (Mercedes). Rewelacyjne zawody zaliczył Francuz Pierre Gasly. Kierowca Toro Rosso startował z 5 pozycji, a wyścig ukończył na świetnym 4 miejscu. To najlepszy wynik auta napędzanego silnikiem Hondy, odkąd japoński producent wrócił do F1. GP Chin miało dość zaskakujący przebieg. Po kwalifikacjach wydawało się, że po swoje trzecie z rzędu zwycięstwo w tym sezonie pewnie pojedzie Vettel, ale tak się nie stało. W połowie wyścigu doszło do zderzenia dwóch aut Toro Rosso. Pierre Gasly wjechał w bok samochodu Nowozelandczyka Brendona Hartley'a. W wyniku tego zdarzenia na torze pojawiło się sporo części i sędziowie zadecydowali o wypuszczeniu samochodu bezpieczeństwa. Błyskawicznie zareagował na to zespół Red Bulla, ściągając swoich kierowców na zmianę kół. Holender Max Verstappen i Australijczyk Daniel Ricciardo mieli dzięki temu świeższe opony od kierowców Ferrari i Mercedesa, którzy dotychczas plasowali się przed nimi. Jak się później okazało była to fantastyczna zagrywka taktyczna, która pozwoliła niemal od samego wznowienia wyścigu gonić i atakować bolidy będące przed nimi. Świetnie jechał w szczególności Ricciardo, wyprzedzając kolejnych rywali. Ostatecznie to Australijczyk jako pierwszy przekroczył linię mety. Za jego plecami wyścig ukończyli Finowie - Valtteri Bottas oraz Kimi Raikkonen. Hamilton był 4, a Vettel dopiero 8. Niemiec w GP Azerbejdżanu robił wszystko, aby scenariusz z GP Chin się nie powtórzył - wygrał kwalifikacje, zanotował świetny start, a gdy na torze pojawił się samochód bezpieczeństwa (po kraksach na pierwszym okrążeniu) zadbał o opony, a następnie uniknął problemów przy wznowieniu ścigania i szybko zbudował przewagę nad rywalami z Mercedesa. Prowadzenie oddał dopiero wtedy, gdy zjechał na zmianę opon, a ze swoim zjazdem zwlekał Valtteri Bottas. Jak się później okazało była to decyzja, która zaważyła na końcowych rozstrzygnięciach. Po kraksie Verstappena i Ricciardo, w wyniku której obaj kierowcy Red Bulla musieli zakończyć ściganie, na torze znów pojawił się samochód bezpieczeństwa. Moment ten wykorzystał Bottas, który zmienił opony. Gdy wydawało się, że wyścig zostanie wznowiony rozbił się Francuz Romain Grosjean (Haas). W związku ze wspomnianym incydentem samochód bezpieczeństwa zjechał z toru dopiero na 4 okrążenia przed metą. Na czele stawki znajdowali się wtedy Bottas, Vettel, Hamilton i Raikkonen. Niemiec postanowił powalczyć o zwycięstwo, ale próba prześcignięcia Bottasa okazała się totalnie nietrafiona. Vettela wyprzedzili zarówno Hamilton, jak i Raikkonen, a następnie Meksykanin Sergio Perez (Force India). O pechu może mówić Bottas, ponieważ pewne zwycięstwo zabrały mu porozrzucane na torze części, przez które przebił prawą tylną oponę. Ostatecznie pierwszy na mecie zameldował się Hamilton, a za jego plecami finiszowali Raikkonen i Perez. Vettel ukończył wyścig na 4 miejscu. Dzięki zwycięstwu w Baku Hamilton awansował na pozycję lidera klasyfikacji generalnej kierowców. Fakt ten podziałał na Brytyjczyka niezwykle motywująco. W GP Hiszpanii nie było na niego mocnych. Hamilton najpierw wygrał kwalifikacje, a w wyścigu głównym prowadził od startu do mety. Skład podium uzupełnili Valtteri Bottas oraz Max Verstappen, a Sebastian Vettel znów uplasował się na 4 lokacie. GP Monako należało do Daniela Ricciardo. Australijczyk z Red Bulla wygrał kwalifikacje, a następnie prowadził przez cały wyścig główny. Tym samym Ricciardo pogodził na podium Sebastiana Vettela oraz Lewisa Hamiltona, którzy zajęli odpowiednio 2 i 3 pozycję. Brytyjczyk z pewnością nie będzie miło wspominał GP Kanady. W kwalifikacjach zajął dopiero 4 miejsce, a w wyścigu głównym spadł jeszcze o "oczko" niżej. Świetnie radził sobie za to Vettel - Niemiec nie miał zbyt wielu powodów do nerwów przez 70 okrążeń. Ruszał z pole position, miał dobry start i nie dał się zaskoczyć po zjeździe samochodu bezpieczeństwa, który pojawił się w związku z wypadkiem na pierwszym okrążeniu, a zespół przygotował dla niego na tyle dobrą taktykę, że nikt nie mógł mu zagrozić. Dla Vettela było to jubileuszowe 50 zwycięstwo w karierze i już 3 triumf w tym sezonie. Jednocześnie kierowca Ferrari został liderem klasyfikacji generalnej kierowców, minimalnie wyprzedzając Hamiltona (121 do 120 punktów). Jak zacięta będzie walka o tytuł pokazało GP Francji. Hamilton po wygranych kwalifikacjach pewnie ruszył z pole position i niezagrożony pomknął do mety. O wiele gorzej poszło Vettelowi, który już na pierwszym zakręcie wyłączył się z walki o zwycięstwo - Niemiec zderzył się z Bottasem i obaj kierowcy musieli udać się do alei serwisowej, przez co znaleźli się na końcu stawki. Pomimo szalonej pogoni Vettel zdołał awansować jedynie na 5 miejsce. Znów więc byliśmy świadkami zmiany na pozycji lidera klasyfikacji generalnej kierowców. Wracając jeszcze do rywalizacji na torze Paul Ricard - za plecami Hamiltona na mecie zameldowali się Max Verstappen i Kimi Raikkonen. Mało kto przypuszczał, że GP Austrii okaże się dla Brytyjczyka prawdziwym koszmarem. Fatalny wyścig zaliczył nie tylko Hamilton, ale także i jego kolega z zespołu Mercedes - Valtteri Bottas. To właśnie Fin jako pierwszy musiał zrezygnować ze ścigania, ponieważ w jego bolidzie zepsuła się skrzynia biegów. Hamilton od początku miał kłopoty z oponami, a kulminacją nieszczęść okazały się problemy z ciśnieniem paliwa, przez które nie dojechał do mety. Prawdziwym szczęściarzem w tej sytuacji okazał się Vettel. Niemiec ruszał z 6 miejsca (efekt kary w kwalifikacjach za incydent z Hiszpanem Carlosem Sainzem z Renault), ale wyścig ukończył na najniższym stopniu podium, dzięki czemu znów został liderem mistrzostw świata kierowców (1 punkt przewagi nad Hamiltonem). Najlepszy na Red Bull Ring okazał się kierowca sponsora tytularnego toru - Max Verstappen. Na 2 lokacie ściganie zakończył Kimi Raikkonen, a 3 był wspomniany już Vettel. W ostatnim rozegranym dotychczas wyścigu nie obyło się bez kontrowersji. W kwalifikacjach do GP Wielkiej Brytanii najlepszy czas uzyskał Hamilton i to on ruszał z pole position. Brytyjczyk zepsuł jednak start, co od razu wykorzystał Vettel. Niedługo później Hamilton został potrącony przez Raikkonena, a to spowodowało, że kierowca Mercedesa znalazł się na końcu stawki. Rozpoczęła się więc szaleńcza pogoń Hamiltona, aby stracić jak najmniej punktów w klasyfikacji generalnej mistrzostw. O zwycięstwo do końca walczył Bottas z Vettelem, ale gdy tylko Niemiec wyprzedził Fina, w Mercedesie zapadła decyzja o tym, iż Bottas ma przepuścić znajdującego się już wówczas na 3 miejscu Hamiltona. Vettel osiągnął swój cel i wygrał po raz 51 w karierze. Hamilton mógł pocieszać się jedynie tym, że i tak osiągnął dobry wynik pomimo wielu "przygód" na torze Silverstone. Skład podium uzupełnił Kimi Raikkonen, który ostatecznie wyprzedził jeszcze zrezygnowanego Bottasa. Kierowca Ferrari za wspomnianą stłuczkę z Hamiltonem dostał 10-sekundową karę, ale nie przeszkodziło mu to w zajęciu 3 miejsca. Fin przyznał się do błędu, ale zarówno kibice Mercedesa, jak i węszyciele spiskowych teorii uważają, iż Fin zrobił to celowo, by umożliwić swojemu partnerowi z zespołu powiększenie przewagi w walce o mistrzowski tytuł. Przed kolejnym GP, które odbędzie się w Niemczech, Vettel ma 8 punktów przewagi nad Hamiltonem. Jestem pewien, że walka o tytuł dopiero wkracza w decydującą fazę. Na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie wskazać, który z kierowców ma większą szansę na mistrzostwo świata. Tutaj jeszcze wszystko jest możliwe.


 

Wyniki GP Australii:

1. Sebastian Vettel (Niemcy/Ferrari) 1:29:33.283
2. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) +5.036
3. Kimi Raikkonen (Finlandia/Ferrari) +6.309


Wyniki GP Bahrajnu:

1. Sebastian Vettel (Niemcy/Ferrari) 1:32:01.940
2. Valtteri Bottas (Finlandia/Mercedes) +0.699
3. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) +6.512

 

Wyniki GP Chin:

1. Daniel Ricciardo (Australia/Red Bull) 1:35:36.380
2. Valtteri Bottas (Finlandia/Mercedes) +8.894
3. Kimi Raikkonen (Finlandia/Ferrari) +9.637

 

Wyniki GP Azerbejdżanu:

1. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) 1:43:44.291
2. Kimi Raikkonen (Finlandia/Ferrari) +2.460
3. Sergio Perez (Meksyk/Force India) +4.024

 

Wyniki GP Hiszpanii:

1. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) 1:35:29.972
2. Valtteri Bottas (Finlandia/Mercedes) +20.593
3. Max Verstappen (Holandia/Red Bull) +26.873


Wyniki GP Monako:

1. Daniel Ricciardo (Australia/Red Bull) 1:42:54.807
2. Sebastian Vettel (Niemcy/Ferrari) +7.336
3. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) +17.013

 

Wyniki GP Kanady:

1. Sebastian Vettel (Niemcy/Ferrari) 1:28:31.377
2. Valtteri Bottas (Finlandia/Mercedes) +7.376
3. Max Verstappen (Holandia/Red Bull) +8.360

 

Wyniki GP Francji:

1. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) 1:30:11.385
2. Max Verstappen (Holandia/Red Bull) +7.090
3. Kimi Raikkonen (Finlandia/Ferrari) +25.888

 

Wyniki GP Austrii:

1. Max Verstappen (Holandia/Red Bull) 1:21:56.024
2. Kimi Raikkonen (Finlandia/Ferrari) +1.504
3. Sebastian Vettel (Niemcy/Ferrari) +3.181

 

Wyniki GP Wielkiej Brytanii:

1. Sebastian Vettel (Niemcy/Ferrari) 1:27:29.784
2. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) +2.264
3. Kimi Raikkonen (Finlandia/Ferrari) +3.652

 

23:55, kaspa225 , F1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2018
French Open 2018: Premierowy triumf Simony Halep i niekończąca się opowieść Rafaela Nadala.

Za nami drugi wielkoszlemowy turniej tenisowy w tym roku - na kortach im. Rolanda Garrosa rozegrano kolejną edycję French Open. Wśród Pań swój pierwszy triumf w zawodach tej rangi zanotowała Rumunka Simona Halep, natomiast wśród Panów swoje 11-ste zwycięstwo w Paryżu zaliczył Hiszpan Rafael Nadal.

Wielkim wydarzeniem na francuskich kortach był z pewnością powrót do wielkoszlemowej rywalizacji Sereny Williams. Amerykanka po przerwie spowodowanej urodzeniem dziecka w końcu zaprezentowała się szerszej publiczności. Swoje występy młodsza z sióstr Williams zakończyła w IV rundzie, gdzie musiała zrezygnować z gry z powodu kontuzji (stało się to podczas spotkania z Rosjanką Marią Szarapową). Bardzo dobrą formę w Paryżu zaprezentowała Simona Halep. Reprezentantka Rumunii po finałowych porażkach w tegorocznym Australian Open i ubiegłorocznym French Open chciała udowodnić, że stać ją na wygranie poważnego turnieju. Halep rozkręcała się z dnia na dzień, czego dowodem były jej zwycięstwa w ćwierćfinale z Niemką Angelique Kerber (2:7, 6:3, 6:2) oraz w półfinale z Hiszpanką Garbine Muguruzą (6:1, 6:4). Dunka Caroline Wozniacki, która pokonała w styczniu Halep w finale Australian Open, tym razem musiała pogodzić się z porażką w IV rundzie. Jej pogromczynią okazała się niespodziewanie Rosjanka Darja Kasatkina (6:7, 3:6). Dobry turniej rozgrywała Amerykanka Sloane Stephens. Poza pojedynkiem z Włoszką Camilą Giorgi w III rundzie, gdzie triumfatorka ostatniego US Open do końca walczyła o zwycięstwo, Stephens nie miała większych problemów z dostaniem się do wielkiego finału. Decydujące spotkanie miało bardzo emocjonujący przebieg - Amerykanka wygrała I seta (6:3), ale im dłużej trwał mecz, tym większą przewagę uzyskiwała Halep. Widać było, że Rumunka jest zdecydowanie lepiej przygotowana kondycyjnie. W II secie do stanu 2:0 wszystko szło po myśli Stephens, ale właśnie wtedy moc pokazała Halep - liderka rankingu WTA wyszła na prowadzenie 4:2 i nawet pomimo tego, iż Amerykanka doprowadziła do wyrównania (4:4) to Halep była w stanie wygrać tą partię (6:4). W III secie Stephens opuściły siły i zwycięstwo Rumunki stało się faktem (6:1). Tym samym Simona Halep zaliczyła swój premierowy triumf w turnieju Wielkiego Szlema.


Finał kobiet:

Simona Halep (ROU)-Sloane Stephens (USA) 3:6, 6:4, 6:1

 

 

W rywalizacji Panów od początku zmagań faworyt mógł być tylko jeden - Hiszpan Rafael Nadal w Paryżu mógł przegrać tylko sam ze sobą. Tak się jednak nie stało i Nadal bez większych problemów awansował do finału. Po raz kolejny nie przełamał się Serb Novak Djoković, który przegrał w ćwierćfinale z Włochem Marco Cecchinato (3:6, 6:7, 6:1, 6:7). Postać Włocha przytoczyłem nie bez powodu, ponieważ w pojedynku półfinałowym ta absolutna rewelacja tegorocznego French Open musiała uznać wyższość innego tenisisty, który rozgrywał prawdopodobnie turniej życia - Austriak Dominic Thiem, bo o nim mowa, wyeliminował Cecchinato i zameldował się w finale. Decydujące starcie nie było zbyt emocjonujące - do stanu 4:4 w I secie mecz był jeszcze w miarę wyrównany, ale później Nadal zyskiwał coraz większą przewagę nad Thiemem (6:4). Do zwycięstwa w II secie Hiszpanowi wystarczyło jedno przełamanie (na 2:0). Ostatecznie druga partia zakończyła się wynikiem 6:3 dla Nadala. Nadzieję na bardziej wyrównany pojedynek przyniósł trzeci gem III seta, gdy popularny "Rafa" musiał przerwać grę z powodu problemów z dłonią. Po przerwie Hiszpan wrócił jednak na kort i do samego końca nie było po nim widać, by miał jakąkolwiek kontuzję. Emocje powróciły na moment w ostatnim gemie spotkania, gdy Nadal nie wykorzystał, aż czterech piłek meczowych! Piłka meczowa nr 5 okazała się ostatnią i tym samym Nadal zatriumfował w Paryżu po raz 11-sty! Jednocześnie Hiszpan wygrał swój 17-sty turniej wielkoszlemowy i coraz bardziej naciska na Szwajcara Rogera Federera, który w Wielkim Szlemie zwyciężał rekordowe 20 razy. Ta wspaniała rywalizacja z pewnością się jeszcze nie skończyła.


Finał mężczyzn:

Rafael Nadal (ESP)-Dominic Thiem (AUT) 6:4, 6:3, 6:2

 

20:44, kaspa225 , Tenis
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 czerwca 2018
Euroliga koszykarzy i koszykarek 2018: "La Decima" Realu i powrót UMMC Jekaterynburg.

Za nami ostateczne rozstrzygnięcia w koszykarskiej Eurolidze. W rozgrywkach mężczyzn po swój upragniony 10-ty triumf sięgnął Real Madryt, a wśród kobiet najlepsze okazały się natomiast koszykarki rosyjskiego UMMC Jekaterynburg.

W męskim Final Four znalazło się miejsce dla wspomnianego już Realu Madryt, tureckiego Fenerbahce Stambuł, rosyjskiego CSKA Moskwa oraz litewskiego Żalgirisu Kowno. Obecność wśród najlepszych klubów w Europie ostatniej wymienionej ekipy była dość dużym zaskoczeniem dla wielu kibiców i ekspertów. Gospodarzem tegorocznych zmagań była Stark Arena w Belgradzie, czyli stolicy Serbii. W pierwszym półfinale Żalgiris musiał stawić czoła obrońcom tytułu sprzed roku - Fenerbahce Stambuł. Faworyzowani podopieczni serbskiego trenera Żelijko Obradovicia od początku kontrolowali przebieg spotkania i pewnie awansowali do finału (76:67). Drugi mecz półfinałowy miał o wiele bardziej emocjonujący przebieg - CSKA Moskwa już po I kwarcie prowadziło 10 punktami z Realem Madryt. W kolejnych częściach spotkania do pracy wzięły się jednak największe gwiazdy "Królewskich" - Luka Doncić oraz Sergio Llull. Słoweniec wraz z Hiszpanem zdobyli po 16 punktów i wprowadzili Real do wielkiego finału (92:83). W starciu o 3 miejsce niezwykłym zaangażowaniem wykazali się koszykarze Żalgirisu. Ekipa z Kowna była żądna sukcesu, ponieważ ostatnim dużym osiągnięciem w Eurolidze mogła pochwalić się w 1999 roku, kiedy wygrała te prestiżowe rozgrywki. Gracze litewskiego trenera Sarunasa Jasikeviciusa od początku zdominowali rywali z CSKA, ale w IV kwarcie o mało nie zaprzepaścili całego swojego wysiłku - koszykarze z Moskwy zmniejszyli straty do zaledwie 2 punktów, ale na więcej zabrakło im czasu. W wielkim finale byliśmy świadkami klasycznego starcia gigantów - Realu, który chciał w końcu sięgnąć po upragnioną "La Decimę" oraz Fenerbahce, pragnące potwierdzić swoją dominację w Europie. Dwie pierwsze kwarty były dość wyrównane, a o wszystkim zadecydowała trzecia odsłona spotkania. "Królewscy" rzucili w niej 10 punktów więcej od rywali i w IV kwarcie nie pozwolili już koszykarzom Fenerbahce na żadne szalone odrabianie strat. Tym samym podopieczni hiszpańskiego trenera Pablo Laso już po raz 10-ty sięgnęli po triumf w Eurolidze. Real Madryt znów wyśrubował zatem swój rekord zwycięstw - na dzień dzisiejszy nie ma w Europie bardziej utytułowanego klubu. Do zwycięstwa "Królewskich" poprowadził Francuz Fabien Causeur (17 punktów) oraz Luka Doncić (15 "oczek"). Słoweniec został również uznany MVP tegorocznego Final Four. W Eurolidze kobiet o końcowy triumf walczyły dwie rosyjskie potęgi, czyli Dynamo Kursk i UMMC Jekaterynburg oraz turecka drużyna Yakin Dogu Universitesi, a także gospodarz zmagań - węgierski Sopron Basket. W pierwszym półfinale po bratobójczym pojedynku lepsze okazały się koszykarki z Jekaterynburga (84:77). Może nie była to olbrzymia sensacja, ale z pewnością niespodzianka - Dynamo Kursk, które pod wodzą hiszpańskiego trenera Lucasa Mondelo nie tylko broniło tytułu wywalczonego przed rokiem, ale także notowało passę 34 meczów bez porażki w Eurolidze, było faworytem tego spotkania. W drugim półfinale zawodniczki Sopronu Basket pokonały Yakin Dogu Universitesi w stosunku 68:65 i po raz pierwszy w historii awansowały do wielkiego finału. Pojedynek przegranych rozstrzygnął się natomiast na korzyść koszykarek Dynama Kursk, które w ostatecznym rozrachunku okazały się lepsze o 5 punktów od drużyny ze Stambułu. Prym w rosyjskiej ekipie wiodła Serbka Sonja Petrović, zdobywając 24 punkty. W wielkim finale, pomimo ogromnego wsparcia ze strony węgierskiej publiczności, zdecydowanie lepsze okazały się zawodniczki UMMC. Zespół z Sopronu ani przez moment nie był w stanie nawiązać walki z podopiecznymi hiszpańskiego szkoleniowca Miguela Mendeza. W barwach zwycięskiej ekipy najwięcej punktów zdobyła belgijska środkowa Emma Meesseman (19 "oczek") i to ona została uznana MVP Final Four. Wygrywając w Sopronie UMMC sięgnęło po swój 4 tytuł w najlepszych klubowych rozgrywkach na Starym Kontynencie.


 

Mecz o 3 miejsce:

Żalgiris Kowno (LIT)-CSKA Moskwa (RUS) 79:77 (22:19, 19:16, 28:13, 10:29)


Finał:

Real Madryt (ESP)-Fenerbahce Stambuł (TUR) 85:80 (21:17, 17:23, 25:15, 22:25)

 



Mecz o 3 miejsce:

Dynamo Kursk (RUS)-Yakin Dogu Universitesi (TUR) 87:82 (19:20, 27:24, 29:22, 12:16)


Finał:

UMMC Jekaterynburg (RUS)-Sopron Basket (HUN) 72:53 (22:15, 20:15, 11:12, 19:11)


sobota, 09 czerwca 2018
Liga Mistrzów siatkarzy i siatkarek 2018: Zenit Kazań i VakifBank Stambuł znów na szczycie.

Zespoły Zenita Kazań wśród mężczyzn oraz VakifBank Stambuł wśród kobiet wygrały tegoroczne rozgrywki Ligi Mistrzów. Co ciekawe, obie ekipy triumfowały w LM również rok temu, a na dodatek okazały się najlepsze w ostatniej edycji Klubowych Mistrzostw Świata.

Tradycyjnie zacznijmy od Ligi Mistrzów siatkarzy - do Final Four, które tym razem rozgrywane było w rosyjskim Kazaniu, awansowały zespoły Zenita Kazań (jako gospodarz), włoskie Cucine Lube Civitanova i Sir Sicoma Colussi Perugia oraz reprezentująca naszą ligę ZAKSA Kędzierzyn-Koźle. Polskie drużyny zaprezentowały się zatem w tym sezonie trochę lepiej niż przed rokiem - oprócz ekipy z Kędzierzyna do fazy półfinałowej europejskich pucharów dostała się jeszcze Asseco Resovia (Puchar CEV), ale niestety przegrała swój pojedynek z rosyjskim Biełogorje Biełgorod (dwukrotnie 0:3). ZAKSA również nie sprostała oczekiwaniom - zaledwie jeden dobry set w rywalizacji z Cucine (1:3) skazał Kędzierzynian na walkę o brązowy medal. W drugim półfinale mierzyły się ze sobą drużyny z Kazania i Perugii. Włosi w tym starciu nie mieli najmniejszych szans i nie byli w stanie zagrozić Zenitowi (0:3). W meczu o 3 miejsce emocji było naprawdę sporo - ZAKSA dwukrotnie wychodziła na prowadzenie (najpierw 1:0, a później 2:1), by ostatecznie ulec w tie-brak'u zespołowi z Perugii. Tym samym podopieczni włoskiego trenera Andrei Gardiniego nie powtórzyli swojego wyczynu z 2003 roku, kiedy zdobyli brązowy medal rozgrywek LM siatkarzy. Wielki finał miał tylko jednego faworyta - Zenit Kazań po raz 4 z rzędu chciał sięgnąć po triumf w najważniejszych europejskich rozgrywkach, dzięki czemu mógł zrównać się z radzieckim CSKA Moskwa, które jako jedyne do tej pory mogło pochwalić się takim osiągnięciem. Ostatni mecz w barwach Zenita rozgrywał niesamowity Wilfredo Leon. Kubańczyk z polskim paszportem od nowego sezonu będzie grał dla wspomnianej Perugii. Samo spotkanie nie było łatwą przeprawą dla Rosjan - już w I partii Cucine postawiło wysokie wymagania, ale pomimo to Zenit okazał się lepszy i wygrał w stosunku 29:27. Kolejne dwa sety padły jednak łupem Włochów (25:18 i 25:23). Wśród gospodarzy zaczęło robić się nerwowo, ale właśnie wtedy przebudził się Leon - dzięki jego pewności w ataku Zenit zdołał doprowadzić do tie-break'a. W decydującej partii Rosjanie od początku musieli gonić wynik. Do remisu udało im się doprowadzić dopiero przy stanie 11:11. Końcówka należała już do Zenita, a o zwycięstwie znów przesądził Leon - najpierw uderzył po bloku, a następnie skuteczną zagrywką zakończył tie-break'a. Tym samym Zenit Kazań po raz 4 z rzędu wygrał Ligę Mistrzów! Do wspomnianych sukcesów ekipę z Kazania poprowadził rosyjski trener Władimir Alekno, dla którego triumf przed własną publicznością był wyjątkowy. MVP turnieju finałowego drugi raz z rzędu został Rosjanin Maksym Michajłow (Zenit). Jestem ogromnie ciekaw jak w przyszłym sezonie Zenit poradzi sobie bez Wilfredo Leona. Chyba już czas najwyższy na przełamanie tej hegemonii... W Lidze Mistrzyń do Final Four znów awansowały dwie tureckie ekipy (6 raz z rzędu!). Oprócz Galatasaray Stambuł i VakifBank Stambuł do decydującej fazy rozgrywek dostało się włoskie Imoco Volley Conegliano oraz rumuńskie CSM Volei Alba Blaj (jako gospodarz). Niestety po raz kolejny zawiodły polskie kluby, które nie osiągnęły żadnych wartych odnotowania wyników. W pierwszym pojedynku półfinałowym Imoco przegrało ze zdecydowanym faworytem tego spotkania, czyli ekipą VakifBanku, choć nie była to porażka bez walki (2:3). W drugim półfinale reprezentantki gospodarzy dość niespodziewanie pokonały siatkarki Galatasaray (3:1). W meczu o 3 miejsce nie było większych emocji - zawodniczki Imoco zachowały w sobie więcej motywacji i bardzo pewnie wygrały z Galatasaray (3:0). Tym samym swój drugi medal LM zdobyła nasza rozgrywająca - Joanna Wołosz (wcześniej w 2015 roku wywalczyła srebro z włoskim Unendo Busto Arsizio). Polka została również uznana najlepszą rozgrywającą Final Four. Wielki finał był popisem siatkarek VakifBanku. Turczynki bez cienia wątpliwości rozprawiły się z zawodniczkami CSM (3:0). Druga partia była wręcz upokorzeniem dla siatkarek rumuńskiej ekipy - porażka w stosunku 11:25 chluby im nie przynosi... Dzięki zwycięstwu w finałowym starciu podopieczne włoskiego trenera Giovaniego Guidettiego po raz 4 w historii, a 2 z rzędu, sięgnęły po triumf w Lidze Mistrzyń. MVP turnieju finałowego została Turczynka Goezde Sonsirma (VakifBank).


 

Mecz o 3 miejsce:

Sir Sicoma Colussi Perugia (ITA)-ZAKSA Kędzierzyn-Koźle (POL) 3:2 (17:25, 29:27, 19:25, 25:23, 15:7)

 

Finał:

Zenit Kazań (RUS)-Cucine Lube Civitanova (ITA) 3:2 (29:27, 18:25, 23:25, 25:23, 17:15)

 



Mecz o 3 miejsce:

Imoco Volley Conegliano (ITA)-Galatasaray Stambuł (TUR) 3:0 (25:17, 25:18, 25:20)

 

Finał:

VakifBank Stambuł (TUR)-CSM Volei Alba Blaj (ROU) 3:0 (25:17, 25:11, 25:17)



piątek, 08 czerwca 2018
MŚ w hokeju na lodzie 2018: Szwedzi obronili tytuł po karnych!

Reprezentacja Szwecji w rozgrywanych w Danii mistrzostwach świata w hokeju na lodzie obroniła złoty medal wywalczony przed rokiem. Hokeiści "Trzech Koron" pokonali w wielkim finale reprezentację Szwajcarii po rzutach karnych.

Turniej organizowany w Kopenhadze oraz Herning nie był z pewnością udany dla Słowacji, Czech, Finlandii i Rosji, czyli drużyn, które zawsze mierzą wysoko. Pierwsza z wymienionych ekip nie wyszła nawet z grupy, a pozostałe trzy odpadły w fazie ćwierćfinałowej. Bardzo dobrze od samego początku zmagań radziła sobie Szwecja - 7 zwycięstw w grupie (w tym zwycięstwo nad Słowacją po dogrywce) kazało patrzeć na obrońców tytułu jak na głównego faworyta imprezy. Nadspodziewanie dużo problemów w ćwierćfinale sprawiła im Łotwa, którą Szwedzi "przełamali" dopiero w trzeciej tercji spotkania (ostatecznie skończyło się 3:2). W półfinale reprezentanci "Trzech Koron" wręcz upokorzyli USA, wygrywając 6:0! Jak zwykle wielkie apetyty na złoto mieli Kanadyjczycy, choć grupowe porażki z USA (4:5 po rzutach karnych) i Finlandią (1:5) nieco zachwiały ich pewnością siebie. W ćwierćfinale podopieczni trenera Billa Petersa pokonali jednak Rosję (5:4 po dogrywce) i od historycznego 27 złota MŚ dzieliły Kanadę już tylko dwa spotkania. Dość niespodziewanie wielkie plany Kanadyjczyków pokrzyżowali Szwajcarzy - poukładana i zdyscyplinowana gra "Helwetów" dała im półfinałowe zwycięstwo (3:2). Jak to zwykle bywa w meczach o brązowy medal, pojawiły się pytania o motywację. Czy rozgromieni Amerykanie będą w stanie się podnieść? Czy zaskoczona Kanada otrząsnęła się już z szoku po tym jak drugi rok z rzędu nie zdobędzie złota MŚ? Pierwsza tercja meczu nie przyniosła bramek, za to w drugiej pierwsi strzelili Amerykanie za sprawą Chrisa Kreidera. Jeszcze przed końcem drugiej odsłony spotkania na 1:1 wyrównał Marc-Edouard Vlasic. Później bramki strzelali już tylko reprezentanci USA - Nick Bonino, Anders Lee oraz ponownie Chris Kreider. Tym samym Amerykanie pokonali Kanadę 4:1 i sięgnęli po brązowy medal MŚ. Finałowe starcie pomiędzy Szwecją i Szwajcarią było niezwykle zacięte - dla "Helwetów" trafił Nino Niederreiter, ale jeszcze pod koniec pierwszej tercji stan rywalizacji wyrównał Gustav Nyquist. W drugiej tercji przebieg wydarzeń był bardzo podobny - dla Szwajcarów bramkę strzelił Timo Meier, a odpowiedział Mika Zibanejad ze Szwecji. Zarówno w regulaminowym czasie gry, jak i w dogrywce więcej trafień już nie oglądaliśmy dlatego o losach mistrzostwa zadecydowały rzuty karne. Co ciekawe, przed rokiem reprezentanci "Trzech Koron" pokonali w finale Kanadę właśnie po karnych, więc doświadczenie z pewnością było po stronie Szwecji. Jak się później okazało karne lepiej wykonywali podopieczni trenera Rikarda Groenborga i to oni mogli cieszyć się ze swojego 11 złota MŚ. Myślę, że Szwecja w pełni zasłużyła na ten tytuł, ponieważ była po prostu najlepszą drużyną w przekroju całej imprezy. Na sam koniec warto wspomnieć, że MVP turnieju został reprezentant USA - Patrick Kane.


Mecz o 3 miejsce:

USA–Kanada 4:1 (0:0, 1:1, 3:0)



 

Finał:

Szwecja-Szwajcaria 3:2 (1:1, 1:1, 0:0, 0:0, 1:0)



 

23:01, kaspa225 , Hokej
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 czerwca 2018
Legendy sportów zimowych schodzą ze sceny - Ole Einar Bjoerndalen i Marit Bjoergen kończą kariery.

Tym wpisem chcę ostatecznie zamknąć temat sezonu zimowego 2017/2018. Nie mógłbym tego zrobić bez przywołania sylwetek dwóch największych postaci sportów zimowych, które całkiem niedawno zdecydowały się zakończyć karierę. Reprezentanci Norwegii - Ole Einar Bjoerndalen oraz Marit Bjoergen, bo o nich mowa, już nigdy nie przystąpią do rywalizacji na najwyższym poziomie.

Legendarny 44-letni norweski biatlonista Ole Einar Bjoerndalen kończy karierę. Ośmiokrotny mistrz olimpijski i 20-krotny złoty medalista mistrzostw świata, który ma za sobą nieudany sezon, o swojej decyzji poinformował na konferencji prasowej w Simonstrandzie.

Wybór miejsca, w którym odbyło się spotkanie z mediami, nie był przypadkowy. Bjoerndalen wychowywał się na farmie w Simonstrandzie i tam zaczynał swoją przygodę ze sportem. - Czerpię obecnie mnóstwo radości z biathlonu. Chciałbym startować w kolejnych latach, ale to mój ostatni sezon - podkreślił słynny Norweg, powstrzymując napływające do oczu łzy.

Podziękował rodzinie i rodakom. Wyjawił też, że decyzję podjął ze względu na kłopoty kardiologiczne. W ostatnim roku miał kilka przypadków kołatania serca, choć był w stanie kontynuować treningi i rywalizację. Na koniec minionego sezonu, w którym notował rozczarowujące wyniki, uplasował się w klasyfikacji generalnej PŚ dopiero na 43. pozycji.

"Dobrze zareagowałem na leczenie i otrzymałem wspaniałą pomoc od mojego sztabu medycznego. Starałem się nadrobić zaległości. Chciałbym powiedzieć, że kończę z wyczynowym sportem, bo czuję się spełniony, ale tak nie jest. Moja motywacja wciąż jest bardzo duża. Zdecydowałem się na zakończenie kariery za radą moich lekarzy i rodziny" - zaznaczył.

Bjoerndalen zamierza teraz dać sobie trochę czasu zanim dokona wyboru zajęcia, którym zajmie się na sportowej emeryturze.

Do niedawna szczycił się on mianem najbardziej utytułowanego zawodnika w historii zimowych igrzysk. Na podium olimpijskim stawał 13 razy (8-4-1). W lutym wyprzedziła go uprawiająca biegi narciarskie rodaczka Marit Bjoergen, która może pochwalić się 15 krążkami. Bjoerndalen nie miał szansy poprawić swojego dorobku medalowego w Pjongczang, ponieważ przegrał wewnętrzną rywalizację w norweskiej kadrze. Wystąpił w sześciu wcześniejszych igrzyskach z rzędu.

Ostatecznie do Korei Południowej poleciał jako członek sztabu szkoleniowego Białorusi - jego żona Daria Domraczewa jest reprezentantką tego kraju. Biathlonowa para, która związana jest ze sobą od kilku lat, ma córkę Xenię.

Poza 13 medalami olimpijskimi i 45 MŚ (20-14-11) 44-letni biatlonista ma na koncie także sześć triumfów w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata i 20 małych Kryształowych Kul za zwycięstwa w klasyfikacjach poszczególnych konkurencji. W zawodach cyklu cieszył się z sukcesu 95 razy, a na podium znalazł się 179 razy.

 

źródło: polsatsport.pl

 

 

Bjoerndalen podporządkował biathlonowi całe swoje życie - spartańskie i sterylne warunki przygotowań, perfekcyjna dieta i unikanie wszelkiego rodzaju używek, a także niezwykły reżim treningowy. Tylko taka droga mogła doprowadzić go do 13-stu medali IO (8 złotych, 4 srebrne, 1 brązowy), 45 krążków MŚ (20 złotych, 14 srebrnych, 11 brązowych). Patrząc na te wszystkie liczby można uświadomić sobie, że ze sportem żegna się prawdziwa "ikona". Oprócz imprez rangi mistrzowskiej Bjoerndalen notował również fantastyczne wyniki w Pucharze Świata - 6-krotnie zdobywał Kryształową Kulę, 6 razy zajmował 2 miejsce w klasyfikacji generalnej, a raz uzupełnił skład podium "generalki", zajmując 3 lokatę. Norweg nie miał jednej specjalizacji, ponieważ w każdej konkurencji odnosił sukcesy. Niech świadczy o tym fakt, że Bjoerndalen 9 razy wygrywał małą Kryształową Kulę za rywalizację w sprincie (2-krotnie zajął 2 miejsce), 5 razy zwyciężał w klasyfikacji biegu pościgowego (4-krotnie plasował się na 2 lokacie, a 3-krotnie na 3 pozycji), 5 razy triumfował w klasyfikacji łącznej biegu masowego (3-krotnie zajmował 2 miejsce i raz znalazł się na 3 lokacie) i na sam koniec zdobył jeszcze małą Kryształową Kulę za bieg indywidualny (4-krotnie plasował się na 2 pozycji i raz zajął 3 miejsce). Niewiele osób wie, że Norweg oprócz tego, iż zaliczył 95 zwycięstw i był 179 razy na podium zawodów rangi PŚ w biathlonie, miał również swoje sukcesy w biegach narciarskich. Bjoerndalen 3-krotnie stawał na "pudle" zawodów PŚ w biegach narciarskich - w tym także należy wyróżnić zwycięstwo, które odniósł w szwedzkim Gaellivare. Życie, a tym bardziej sport, nie znosi próżni - oczywiście ciężko będzie "przebić" legendę Bjoerndalena, ale sami widzimy, że choćby na płaszczyźnie Pucharu Świata już pojawił się ktoś, kto jest w stanie nawiązać rywalizację z Norwegiem. Nie jestem jednak do końca pewien, czy Francuz Martin Fourcade osiągnie tyle ile Bjoerndalen. Legendarny "Ole" był tylko jeden i tak już zostanie.


Znakomita norweska biegaczka narciarska Marit Bjoergen, wieloletnia rywalka Justyny Kowalczyk, poinformowała oficjalnie o zakończeniu sportowej kariery.

38-letnia zawodniczka ogłosiła swoją decyzję na spotkaniu z norweskimi mediami. Już wcześniej sugerowała, że jest bliska decyzji o zakończeniu kariery, tym bardziej, że ponad dwa lata temu urodziła syna i chce poświęcić się rodzinie.

- Nie mam już motywacji, by dać z siebie 100 procent - powiedziała słynna narciarka. - Myślałam, że podjęcie tej decyzji będzie łatwiejsze, ale zawodowym sportowcem byłam przez ponad 20 lat. Ciężko więc stłumić mi emocje - mówiła we łzach Bjoergen.

- Do tego, aby utrzymywać się na szczycie, trzeba wkładać mnóstwo pracy, ponosić wyrzeczenia, a na mnie w domu czeka synek. On coraz więcej rozumie z otaczającego go świata i chcę móc spędzać z nim czas - podkreśliła.

Bjoergen to multimedalistka igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Lista jej osiągnięć jest niewyobrażalnie długa.

Na niedawnych igrzyskach w Pjongczang, które były jej ostatnią wielką imprezą, Bjoergen wywalczyła dwa złote, jeden srebrny i dwa brązowe medale.

Przez lata kibiców w Polsce, Norwegii, i nie tylko, elektryzowała rywalizacja Bjoergen z Kowalczyk w Pucharze Świata, mistrzostwach świata, czy igrzyskach. W roku 2018 następuje koniec epoki. Niedawno Kowalczyk także poinformowała, że nie wystartuje już w zawodach PŚ.

Bjoergen jako jedyna sportsmenka wywalczyła aż pięć medali na lutowych igrzyskach w Korei. W sumie Norweżka ma w dorobku 15 medali olimpijskich - osiem złotych, cztery srebrne i trzy brązowe.

Norweska biegaczka 26 razy stawała na podium mistrzostw świata. Od 2003 roku wywalczyła 18 złotych, pięć srebrnych i trzy brązowe krążki światowego czempionatu.

Bjoergen cztery razy sięgnęła po Kryształową Kulę za triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Wygrała aż 114 biegów PŚ i w tej statystyce jest liderką wszech czasów we wszystkich narciarskich dyscyplinach. W 2015 roku triumfowała w prestiżowych zawodach Tour de Ski.

 

źródło: eurosport.interia.pl

 



Postać Norweżki znamy od lat - przez długi czas pasjonowaliśmy się przecież pojedynkami Marit Bjoergen z Justyną Kowalczyk. Dziś te czasy odeszły już w zapomnienie. W zapomnienie nie poszedł jednak fakt, iż Bjoergen swoje sukcesy w biegach narciarskich mogła odnosić dzięki zażywaniu leków na astmę. Wspomniany temat budzi kontrowersje już od dawna. Na dzień dzisiejszy fakty są takie, że ani FIS, ani MKOL nie widziały nic zdrożnego w sposobie postępowania norweskiej kadry (poza przypadkami Therese Johaug oraz Martina Johnsruda Sundby'ego). Tym samym to właśnie Marit Bjoergen może szczycić się mianem "Michaela Phelpsa" sportów zimowych. Norweżka jest najbardziej utytułowanym sportowcem w historii zimowych igrzysk z dorobkiem 15-stu medali (8 złotych, 4 srebrne, 3 brązowe). Na MŚ w narciarstwie klasycznym Bjoergen również nie ma sobie równych - 26 zdobytych krążków (18 złotych, 5 srebrnych, 3 brązowe) stawia ją na czele klasyfikacji multimedalistów. Jeśli chodzi o zawody PŚ, Norweżka wyśrubowała niebotyczny rekord - 114 triumfów i 184 miejsca na podium... są jednak "terytoria", którymi Bjoergen nie zawładnęła - pomimo zdobycia 4 Kryształowych Kul oraz 5-krotnego zajęcia 2 lokaty w klasyfikacji generalnej PŚ, Norweżka nie wyprzedziła Rosjanki Jeleny Wialbe, która po Puchar Świata sięgała 5 razy. Liderka norweskiej kadry radziła sobie świetnie zarówno w sprintach, jak i w biegach na dystansach - 5 razy wygrywała małą Kryształową Kulę za sprinty (raz zajęła 2 miejsce, a 2-krotnie 3 pozycję), a także 3 razy triumfowała w klasyfikacji łącznej biegów dystansowych (4-krotnie zajmowała 2 lokatę). Kolejnym "terytorium", o którym wspomniałem było z pewnością Tour de Ski. Ten prestiżowy turniej Bjoergen wygrała w sezonie 2014/2015, a w cyklach 2006/2007 i 2011/2012 zajmowała 2 miejsce. Niekwestionowaną "królową" TdS do dziś pozostaje Justyna Kowalczyk z 4 triumfami. W jaki sposób historia oceni Norweżkę? Tego nie wiem, ale osobiście zawszę wolę trzymać się faktów i jeśli kiedyś ktoś uzna, że warto bliżej przyjrzeć się w jaki sposób Bjoergen sięgała po powyższe trofea to możecie być pewni, że napiszę o tym na swoim blogu.


poniedziałek, 28 maja 2018
Weronika Nowakowska zakończyła karierę.

Zdeterminowany sportowiec i kochająca mama bliźniaków - Weronika Nowakowska, jedna z najlepszych polskich biathlonistek w historii, zakończyła występy w Pucharze Świata. W niedzielę 25 marca wystartowała po raz ostatni i zajęła w Tiumeni 29. miejsce.

Urodzona 7 lipca 1986 roku w Kłodzku zawodniczka w PŚ zadebiutowała w grudniu 2007 roku w Hochfilzen. Wówczas zajęła 51. miejsce w sprincie na 7,5 km i od razu zakwalifikowała się do biegu na dochodzenie na 10 km, który ukończyła na 55. pozycji.

Na pierwsze punkty do klasyfikacji generalnej musiała jednak czekać jeszcze prawie rok. Dopiero pod koniec 2008 uplasowała się na 20. pozycji w biegu indywidualnym na 15 km w Oestersund.

Już kilkanaście dni później była wraz z koleżankami czwarta w sztafecie 4x6 km w Hochfilzen, ale później zdyskwalifikowano pierwsze na mecie Rosjanki, więc Biało-czerwone awansowały o jedną lokatę. Było to jedyne miejsce na podium Nowakowskiej w tej konkurencji w PŚ, mimo że reprezentowała Polskę wraz z koleżankami, z których każda miała w dorobku sukcesy w rywalizacji indywidualnej - wicemistrzynią świata Krystyną Guzik, brązową medalistką MŚ Moniką Hojnisz oraz triumfatorką dwóch zawodów PŚ Magdaleną Gwizdoń.

Sama Nowakowska wywalczyła w 2015 roku w Kontiolahti dwa medale mistrzostw świata - srebrny w sprincie i brązowy w biegu na dochodzenie. To były jej największe sukcesy w karierze.

W 2010 roku zadebiutowała w igrzyskach. W Vancouver najlepiej wyszedł jej start w biegu indywidualnym na 15 km, w którym zajęła piąte miejsce. To jej najlepszy olimpijski rezultat, którego nie poprawiła ani w Soczi (2014), ani w tym roku w Pjongczang.

Po mistrzostwach świata w Oslo w 2016 roku Nowakowska ogłosiła, że jest w ciąży. We wrześniu urodziła bliźniaki - Kubę i Kacpra. Do rywalizacji o stawkę wróciła pod koniec sezonu 2016/2017 - wówczas w Pucharze IBU, będącym "zapleczem" PŚ.

W zakończonym sezonie była liderką polskiej kadry, zajęła 27. lokatę w klasyfikacji generalnej, najwyższą spośród Biało-czerwonych. Jej rekordowym osiągnięciem pod tym względem była 14. pozycja w sezonie 2014/2015. Rok później jej wynik poprawiła Guzik, która zakończyła zimowe zmagania na 10. miejscu.

"No, to ostatnie zawody Pucharu Świata Weroniki Nowakowskiej... Emocjonalnie. Znakomita sportsmenka, matka, koleżanka z drużyny i przyjaciółka!" - napisał na Twitterze godzinę przed startem trener kadry Norweg Tobias Torgersen.

Już od kilku miesięcy Nowakowska zapowiadała, że sezon 2017/2018 będzie jej ostatnim w PŚ. Jak tłumaczyła, zaczęły ją męczyć trwające ok. 250 dni w roku zgrupowania, dlatego postanowiła skupić się na życiu rodzinnym.


źródło: sport.dziennik.pl

 

 

Wielu z Was zapewne zdziwiło się, iż to właśnie notka o zakończeniu kariery przez Weronikę Nowakowską jest pierwszym wpisem na moim blogu po dość długiej przerwie. W ten oto sposób chciałem oddać szacunek jednej z najlepszych polskich biathlonistek w historii. Srebro i brąz zdobyte na MŚ w fińskim Kontiolahti w 2015 roku są wystarczającym powodem, by mianować Nowakowską wspomnianym przed chwilą tytułem. Nauczmy się w końcu doceniać sportowe sukcesy naszych rodaków i przestańmy wiecznie "hejtować" sportowców, którzy pomimo anormalnych warunków do uprawiania sportu w naszym kraju (szczególnie dyscyplin mniej popularnych) osiągają w swojej karierze znakomite rezultaty, ale częściej są po prostu bezsilni wobec zagranicznej konkurencji.


niedziela, 22 kwietnia 2018
Zakończenie sezonu 2017/18 w narciarstwie alpejskim.

Za nami finał cyklu Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim, który został rozegrany w szwedzkim Are. Wśród kobiet drugą z rzędu Kryształową Kulę wywalczyła Amerykanka Mikaela Shiffrin, natomiast wśród mężczyzn niesamowity rekord wyśrubował Austriak Marcel Hirscher, zdobywając swój 7 z rzędu Puchar Świata!

Ostatnie zawody sezonu 2017/2018 (slalom gigant kobiet i slalom mężczyzn) zostały odwołane ze względu na bardzo silny wiatr, tym samym rywalizację w PŚ zakończyły te rozegrane dzień wcześniej (slalom kobiet i slalom gigant mężczyzn). W slalomowych zmaganiach Pań najlepsza okazała się wspomniana już Mikaela Shiffrin, która wyprzedziła reprezentantkę Szwajcarii Wendy Holdener oraz Szwedkę Fridę Hansdotter. Dla Shiffrin był to bardzo dobry sezon, ale trzeba pamiętać, że nie udźwignęła ona olbrzymiej presji, którą nałożyli na jej barki kibice i eksperci ze Stanów Zjednoczonych. Amerykanka miała zostać "zimowym Michaelem Phelpsem", ale na IO w Pjongczang zdobyła "tylko" złoto w slalomie gigancie oraz srebro w superkombinacji, natomiast w swojej koronnej konkurencji, czyli właśnie w slalomie zajęła dopiero 4 miejsce. Oczywiście w porównaniu do dorobku najlepszego olimpijczyka w historii Shiffrin wypada słabo, ale nie zapominajmy, że to wciąż bardzo młoda zawodniczka i tak osiągająca już duże sukcesy. Amerykanka powetowała sobie niepowodzenie w slalomie podczas igrzysk, zdobyciem małej Kryształowej Kuli za rywalizację w tej konkurencji (2 z rzędu i 5-ta w ogóle). Ponadto Shiffrin obroniła zwycięstwo w klasyfikacji generalnej PŚ. Gdy dodamy do tego 3 miejsce w klasyfikacji końcowej w slalomie gigancie to z całą pewnością możemy mówić o reprezentantce USA jako o bohaterce minionego sezonu. Warto jednak wspomnieć o innych zawodniczkach wyróżniających się ubiegłej zimy. Na pewno do tego grona należeć będzie Włoszka Sofia Goggia, czyli prawdziwa dominatorka zjazdu. Włoszka nie dość, że zdobyła małą Kryształową Kulę to na dodatek wywalczyła złoto IO w tej konkurencji. Drugi raz z rzędu w klasyfikacji końcowej supergiganta triumfowała reprezentantka Liechtensteinu - Tina Weirather, a swój występ na IO okrasiła brązem w tej specjalności. Bez medalu z Pjongczang wróciła trzecia zawodniczka PŚ w tym sezonie, czyli Viktoria Rebensburg. Niemka zdobyła za to małą Kryształową Kulę za rywalizację w slalomie gigancie (już 3 raz w karierze). Na sam koniec chciałbym wspomnieć o Wendy Holdener. Reprezentantka Szwajcarii triumfowała w klasyfikacji końcowej w superkombinacji (2 raz w karierze) i to ona była najbliżej Mikaeli Shiffrin zarówno w wyścigu po Puchar Świata, ale również po małą Kryształową Kulę za slalom. Strata ponad 600 punktów do Amerykanki w "generalce" mówi jednak wszystko o przewadze Shiffrin nad resztą stawki. Na IO Holdener zdobyła natomiast 2 krążki - srebro w slalomie oraz brąz w superkombinacji. Wśród mężczyzn niekwestionowaną gwiazdą minionego sezonu był bez wątpienia Marcel Hirscher. Austriak wygrał ostatnie zawody cyklu PŚ (slalom gigant) przed Norwegiem Henrikiem Kristoffersenem oraz Francuzem Victorem Muffatem-Jeandetem. Hirscher sięgnął po Kryształową Kulę 7 raz z rzędu, co jest absolutnym rekordem, jeśli chodzi o sporty zimowe zrzeszone pod egidą FIS-u. Jakby tego było mało Austriak zgarnął małe Kryształowe Kule w slalomie i slalomie gigancie już po raz 5-ty w karierze. Na IO Hirscher sięgnął po 2 złote medale (slalom gigant oraz superkombinacja) i jedyne czego może żałować to słaby występ w slalomie (wypadł z trasy i nie ukończył rywalizacji). Nie wiem w jaki sposób Austriak znajdzie w sobie motywację do dalszych sukcesów - to wciąż alpejczyk znajdujący się w znakomitym wieku do uprawiania tej dyscypliny sportu (29 lat), a jednocześnie niezwykle utytułowany, który bez większych kontrowersji mógłby ogłosić decyzję o zakończeniu sportowej kariery. Na pewno apetyt na strącenie go z narciarskiego piedestału ma Henrik Kristoffersen, czyli drugi zawodnik klasyfikacji końcowej slalomu, slalomu giganta oraz Pucharu Świata. Norweg okazał się słabszy od Austriaka również na IO, gdzie zajął 2 miejsce w slalomie gigancie. Na sam koniec podsumowania sezonu 2017/2018 w narciarstwie alpejskim warto przytoczyć, że małe Kryształowe Kule w rywalizacji w zjeździe, supergigancie oraz superkombinacji wśród mężczyzn zdobyli kolejno - Szwajcar Beat Feuz, Norweg Kjetil Jansrud i Włoch Peter Fill.

 



Poniżej wykaz triumfatorów sezonu 2017/2018:

Kobiety:

Końcowa klasyfikacja generalna PŚ (po 38 zawodach):

1. Mikaela Shiffrin (USA) 1773 pkt

2. Wendy Holdener (Szwajcaria) 1168

3. Viktoria Rebensburg (Niemcy) 977


Zjazd (po 8 z 8 konkurencji):

1. Sofia Goggia (Włochy) 509 pkt

2. Lindsey Vonn (USA) 506

3. Tina Weirather (Liechtenstein) 394


Supergigant (po 8 z 8 konkurencji):

1. Tina Weirather (Liechtenstein) 461 pkt

2. Lara Gut (Szwajcaria) 375

3. Anna Veith (Austria) 339

 

Slalom gigant (po 8 z 8 konkurencji):

1. Viktoria Rebensburg (Niemcy) 582 pkt

2. Tessa Worley (Francja) 490

3. Mikaela Shiffrin (USA) 481

 

Slalom (po 12 z 12 konkurencji):

1. Mikaela Shiffrin (USA) 980 pkt

2. Wendy Holdener (Szwajcaria) 705

3. Frida Hansdotter (Szwecja) 681

 

Superkombinacja (po 2 z 2 konkurencji):

1. Wendy Holdener (Szwajcaria) 150 pkt

2. Michelle Gisin (Szwajcaria) 109

3. Federica Brignone (Włochy) 100


Drużynowo (po 39 z 39 konkurencji):

1. Austria 4886 pkt

2. Szwajcaria 4752

3. Włochy 3982

 

 

Mężczyźni:

Końcowa klasyfikacja generalna PŚ (po 36 zawodach):

1. Marcel Hirscher (Austria) 1620 pkt

2. Henrik Kristoffersen (Norwegia) 1285

3. Aksel Lund Svindal (Norwegia) 886


Zjazd (po 9 z 9 konkurencji):

1. Beat Feuz (Szwajcaria) 682 pkt

2. Aksel Lund Svindal (Norwegia) 612

3. Thomas Dressen (Niemcy) 446


Supergigant (po 6 z 6 konkurencji):

1. Kjetil Jansrud (Norwegia) 400 pkt

2. Vincent Kriechmayr (Austria) 320

3. Aksel Lund Svindal (Norwegia) 274

 

Slalom gigant (po 8 z 8 konkurencji):

1. Marcel Hirscher (Austria) 720 pkt

2. Henrik Kristoffersen (Norwegia) 575

3. Alexis Pinturault (Francja) 329

 

Slalom (po 11 z 11 konkurencji):

1. Marcel Hirscher (Austria) 874 pkt

2. Henrik Kristoffersen (Norwegia) 710

3. Andre Myhrer (Szwecja) 460


Superkombinacja (po 2 z 2 konkurencji):

1. Peter Fill (Włochy) 140 pkt

2. Kjetil Jansrud (Norwegia) 110

3. Victor Muffat-Jeandet (Francja) 105


Drużynowo (po 37 z 37 konkurencji):

1. Austria 5839 pkt

2. Norwegia 4596

3. Szwajcaria 3689


20:58, kaspa225 , Zimowe
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 kwietnia 2018
Wspaniała zima Kamila Stocha dobiegła końca, czyli zakończenie sezonu 2017/2018 w skokach narciarskich.

Za nami finał cyklu Pucharu Świata w skokach narciarskich, który tradycyjnie miał miejsce w słoweńskiej Planicy. Kamil Stoch, który był już pewny zdobycia swojej drugiej w karierze Kryształowej Kuli, znów dał popis swojej niesamowitej mocy.

Miniony właśnie sezon charakteryzował się dużą ilością "mini" turniejów, co miało w swoim założeniu sprawić, że rywalizacja skoczków narciarskich będzie jeszcze bardziej ekscytująca. Z punktu widzenia rywali Kamila Stocha wyglądało to jednak zupełnie inaczej - Kamil wygrał bowiem rozegrane wcześniej "Willingen Five" oraz "Raw Air". Kwalifikacje do kolejnego "mini" cyklu, czyli do nowej imprezy  - "Planica 7" dały nadzieję reszcie skoczków, że Polak jest do pokonania. Norweg Johann Andre Forfang poleciał na 241 metr i z dość dużą przewagą nad Stochem (27,3 punktu) mógł w pełni skupić się na oddawaniu następnych dobrych prób. W kwalifikacjach lepszych od naszego reprezentanta było jeszcze 7 zawodników. Gdy przyszło co do czego, czyli do rywalizacji na najwyższym poziomie w zawodach indywidualnych, nie było mocnych na Kamila - 245 i 234 metry dały Polakowi kolejne zwycięstwo w sezonie. Skład podium uzupełnił wspomniany już Forfang (242 i 234,5 metra) oraz Austriak Stefan Kraft (238 i 234,5 metra). Co ciekawe, Norweg Robert Johansson zajął tym razem 4 miejsce (245 i 227,5 metra), nie będąc tak naprawdę prawdziwym zagrożeniem dla czołowej "trójki" konkursu. Swoje punkty PŚ zdobyli również pozostali Biało-czerwoni - Dawid Kubacki był 9, Stefan Hula 21, a Jakub Wolny 29. Nie popisał się za to Maciej Kot, który nie awansował do II serii (31 lokata). Zawody drużynowe tym razem nie okazały się dla nas szczęśliwe - choć po I serii rywalizacji podopieczni trenera Stefana Horngachera zajmowali 2 pozycję to ostatecznie ukończyli zmagania na 4 miejscu. Tym samym sami wyeliminowaliśmy się z walki o pozycję wicelidera w Pucharze Narodów. Niemcy zajmując 2 pozycję w "drużynówce" mogli być już niemal pewni tego, iż wyprzedzą nas we wspomnianej klasyfikacji. Trzecią lokatę zajęli Słoweńcy, a klasą samą dla siebie byli Norwegowie - podopieczni trenera Alexandra Stoeckla wygrali ostatni konkurs drużynowy w sezonie 2017/2018 i udowodnili, że byli najlepszą ekipą minionej zimy. Złoto IO w Pjongczang, zwycięstwo w Pucharze Narodów oraz tylko jedna porażka w zmaganiach drużynowych (w Zakopanem z Polską) to dorobek norweskiego team'u, który mówi wszystko o ich znakomitej postawie w przeciągu ostatnich miesięcy. Pomimo, iż Biało-czerwoni ukończyli rywalizację poza podium to w naszym składzie znów świetnie zaprezentował się Kamil Stoch (248,5 i 244,5 metra). Dobra forma nie opuszczała naszego bohatera również w zawodach kończących cykl Pucharu Świata. Trzykrotny mistrz olimpijski po lotach na 245 (z obniżonej platformy startowej) i 234,5 metra wygrał po raz 31 w karierze oraz 9 w sezonie! Ponadto Polak odrobił całą stratę do Johanna Andre Forfanga (8 miejsce) w "Planica 7" i tym samym zainkasował czek na 20 tysięcy franków szwajcarskich za zwycięstwo w tej klasyfikacji. Mało brakowało, a Stoch wygrałby również Puchar Świata w lotach narciarskich, ale ostatecznie do zwycięzcy, czyli Norwega Andreasa Stjernena stracił zaledwie 7 punktów. O takim stanie rzeczy zadecydował w głównej mierze słabszy występ Stocha w austriackim Bad Mitterndorf, gdzie był dopiero 21. Co ciekawe, Robert Johannson zgromadził taką samą ilość punktów, ale o jego niższej pozycji zadecydowała mniejsza ilość zwycięstw w lotach (Stoch wygrał 2 razy w Planicy, a Johansson okazał się najlepszy w Vikersund). Pozostali Polacy w finałowych zmaganiach spisali się całkiem przyzwoicie - Stefan Hula był 13, Maciej Kot 19, Dawid Kubacki 21, a Piotr Żyła 27. Podsumowując - to był wspaniały, a wręcz magiczny sezon Kamila. Drugie z rzędu zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni, ale tym razem z powtórzeniem legendarnego wyczynu Niemca Svena Hannawalda (triumf we wszystkich 4 konkursach), srebro indywidualnie i brąz drużynowo na mistrzostwach świata w lotach narciarskich, wygrana w "Willingen Five", "Raw Air" i Planica 7", indywidualne złoto i drużynowy brąz IO w Pjongczang, druga w karierze Kryształowa Kula za triumf w Pucharze Świata, 2 miejsce w klasyfikacji PŚ w lotach narciarskich, 3 miejsce wraz z kolegami z kadry w Pucharze Narodów i na koniec 9 zwycięstw w konkursach rangi PŚ w minionym właśnie sezonie... To jest po prostu fenomenalne! Ciężko będzie powtórzyć taką zimę nie tylko samemu Kamilowi, ale i kolejnym skoczkom narciarskim, którzy będą mierzyć się z powyższymi osiągnięciami. Jedno jest pewne - Stefan Horngacher przedłużył kontrakt z PZN-em o kolejny rok, stawiając przy tym naprawdę ciężkie do spełnienia warunki dotyczące rozwoju całej dyscypliny w naszym kraju. Długość umowy z Austriakiem stała się polem szerokiej dyskusji, ale ja nie będę wchodził w prawdziwe powody takiej decyzji naszego trenera. To on miał i nadal ma wszystkie karty w ręku, a za 12 miesięcy okaże się jaka będzie jego dalsza historia. Teraz głównym zadaniem Horngachera będzie utrzymanie fenomenalnej formy Kamila, ale i wydobycie rezerw z reszty naszych skoczków, tak by móc skutecznie nawiązać walkę z Norwegami o prymat najlepszej drużyny na świecie.


Wyniki 1 konkursu indywidualnego:

1. Kamil Stoch (Polska) 455,9 pkt

2. Johann Andre Forfang (Norwegia) 452,2

3. Stefan Kraft (Austria) 443,0

 




Wyniki konkursu drużynowego:

1. Norwegia 1620,2 pkt

2. Niemcy 1482,9

3. Słowenia 1474,5

 



 

Wyniki 2 konkursu indywidualnego:

1. Kamil Stoch (Polska) 455,6 pkt

2. Stefan Kraft (Austria) 440,1

3. Daniel Andre Tande (Norwegia) 439,6

 




Wywiad z bohaterem sezonu:



 

Klasyfikacja końcowa Pucharu Świata w lotach narciarskich w sezonie 2017/2018:

1. Andreas Stjernen (Norwegia) 257 pkt

2. Kamil Stoch (Polska) 250

3. Robert Johansson (Norwegia) 250

 

Klasyfikacja końcowa Pucharu Świata w sezonie 2017/2018:

1. Kamil Stoch (Polska) 1443 pkt

2. Richard Freitag (Niemcy) 1070

3. Daniel Andre Tande (Norwegia) 985

 

Klasyfikacja końcowa Pucharu Narodów w sezonie 2017/2018:

1. Norwegia 7149 pkt

2. Niemcy 5976

3. Polska 5795


23:20, kaspa225 , Zimowe
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96
Archiwum
Zakładki:
Ulubione