dla wszystkich fanatyków sportu i nie tylko.....
sobota, 14 października 2017
Od GP Szwecji do GP Polski 2017: Jason Doyle prawie pewny tytułu. Polacy powalczą o medale!

Po 5 kolejnych eliminacjach indywidualnych mistrzostw świata na żużlu prawie pewny tytułu może być Australijczyk Jason Doyle. Trzech Biało-czerwonych znajduje się natomiast w najlepszej 6-tce klasyfikacji generalnej i przed finałowymi zawodami w Melbourne śmiało możemy powiedzieć, że będziemy walczyć o dwa pozostałe medale.

W GP Szwecji byliśmy świadkami prawdziwej walki pomiędzy gospodarzami, a Biało-czerwonymi. Dość powiedzieć, że po finałowym biegu Antonio Lindbeack (2 miejsce w finale) oraz Fredrik Lindgren (3 miejsce w finale) zgromadzili na swoim koncie odpowiednio 19 i 18 punktów. Bartosz Zmarzlik zaliczył 15 "oczek", ale to on był prawdziwą gwiazdą finału - Polak wygrał decydujący bieg po świetnym manewrze tuż przed samą metą. Maciej Janowski zajął w finale 4 miejsce, ale wobec odległej pozycji Jasona Doyle'a (12 miejsce) i jego marnego dorobku punktowego (5 "oczek") to właśnie on zajął pozycję lidera klasyfikacji generalnej GP. Sytuacja zmieniła się już podczas GP Polski w Gorzowie - Maciej Janowski zaliczył słaby występ, zajmując dopiero 13 miejsce i zdobywając tylko 6 punktów. Doyle natomiast awansował do finału i zajął w nim 3 miejsce. W całym turnieju zdobył 14 punktów i powrócił na fotel lidera GP. Bardzo dobrze w Gorzowie spisał się Tai Woffinden. Brytyjczyk zdecydowanie wygrał ostatni bieg, zdobywając w całej imprezie łącznie 18 punktów. Na otarcie łez polskich fanów pozostało 2 miejsce Patryka Dudka. Szkoda było szczególnie wracającego do wysokiej formy Bartosza Zmarzlika - Polakowi w finale zdefektował motocykl i nie miał szans na powalczenie o zwycięstwo z Woffindenem. Z perspektywy czasu może okazać się, że o tegorocznym tytule mistrza świata zadecydowało GP Niemiec w Teterowie. Polacy nie poradzili sobie z trudnymi warunkami na torze i żaden z nich nie awansował do finału. Najwyżej z Biało-czerwonych uplasował się Patryk Dudek (6 miejsce i 11 punktów), a znów słabszy występ zaliczył Maciej Janowski (10 miejsce i 7 punktów). O występie Bartka Zmarzlika lepiej nie mówić - 15 lokata i tylko 2 punkty. Swoją szansę wykorzystał Jason Doyle - 3 miejsce w finale i aż 17 zgromadzonych punktów pozwoliło mu znacznie umocnić się na fotelu lidera klasyfikacji generalnej GP. Decydujący bieg wygrał Słoweniec Matej Zagar, który wyprzedził Słowaka Martina Vaculika. Bardzo podobny przebieg miało GP Sztokholmu - znów 3 miejsce w finale zajął Doyle, zdobywając przy tym, aż 18 punktów! Drugi triumf z rzędu zaliczył ponadto Matej Zagar. Za nieudany występ w Teterowie zrehabilitował się Zmarzlik - Polak w Szwecji zajął 2 miejsce, sygnalizując tym samym zwyżkę formy. Maciej Janowski i Patryk Dudek dla których był to jeden z ostatnich dzwonków na pogoń za Doylem, znów zaprezentowali się bardzo przeciętnie - Janowski był 9, a Dudek 12. Nadzieję w serca polskich kibiców wlało z pewnością GP Polski w Toruniu. Już w fazie zasadniczej najlepiej prezentowało się 2 Polaków. Patryk Dudek był w niej najlepszy, a Bartosz Zmarzlik tracił do niego tylko 1 punkt. To sprawiło, że o finał walczyli w innych biegach. Pierwszy półfinał wygrał właśnie Dudek, a w drugim najlepszy okazał się Tai Woffinden, który wyprzedził Zmarzlika. Skład ostatniego biegu uzupełnił Matej Zagar. W finale Dudek ze startu ruszył jako pierwszy, a gonił go zaciekle Woffinden, ale ostatecznie Brytyjczyk nie dał mu rady. Zmarzlik natomiast do samego końca toczył zacięty pojedynek z Zagarem o 3 miejsce. Na szczęście górą w tym starciu okazał się Polak! Dla Patryka Dudka zwycięstwo w Toruniu jest pierwszym triumfem w cyklu GP. Sytuacja przed ostatnią eliminacją MŚ wygląda następująco - tytuł raczej zapewnił sobie Doyle, który ma w klasyfikacji generalnej 14 punktów przewagi nad Patrykiem Dudkiem. Tylko prawdziwy kataklizm mógłby odebrać Australijczykowi złoto przed własną publicznością. Na pewno do końca będzie walczył Dudek, który natomiast ma 13 punktów przewagi nad Tai'em Woffindenem. Srebrny medal jest więc dla naszego rodaka jak najbardziej realny. To właśnie o brąz zapowiada się prawdziwa walka - Woffinden wyprzedza Macieja Janowskiego zaledwie o 2 punkty. Nie sądzę jednak, że Janowski jest w tak dobrej formie, żeby móc zagrozić Brytyjczykowi. Oby Janowski pokazał, że się mylę. Szansę na brąz ma jeszcze Rosjanin Emil Sajfutdinow (6 punktów starty do Woffindena), Bartosz Zmarzlik (7 punktów starty do Woffindena) oraz Fredrik Lindgren (8 punktów starty do Woffindena). Z całej wymienionej grupy pościgowej wskazałbym Bartka Zmarzlika jako tego, który jest w stanie wyrwać brązowy medal MŚ. Polak powrócił do dobrej formy po słabszym początku sezonu, a poza tym z pewnością będzie chciał obronić swoją lokatę sprzed roku, kiedy to został trzecim zawodnikiem świata. GP Australii w Melbourne już w sobotę 28 października. Będzie się działo!


Wyniki GP Szwecji:

1. Bartosz Zmarzlik (Polska) 15 pkt

2. Antonio Lindbaeck (Szwecja) 19

3. Fredrik Lindgren (Szwecja) 18

 



 

Wyniki GP Polski:

1. Tai Woffinden (Wielka Brytania) 18 pkt

2. Patryk Dudek (Polska) 13

3. Jason Doyle (Australia) 14

 

 

 

Wyniki GP Niemiec:

1. Matej Zagar (Słowenia) 15 pkt

2. Martin Vaculik (Słowacja) 14

3. Jason Doyle (Australia) 17




 

Wyniki GP Sztokholmu:

1. Matej Zagar (Słowenia) 13 pkt

2. Bartosz Zmarzlik (Polska) 12

3. Jason Doyle (Australia) 18

 




Wyniki GP Polski:

1. Patryk Dudek (Polska) 18 pkt

2. Tai Woffinden (Wielka Brytania) 15

3. Bartosz Zmarzlik (Polska) 14

 




piątek, 06 października 2017
LGP 2017: Dawid, utrzymaj to do zimy!

Za nami kolejne letnie zmagania na skoczniach narciarskich. Podobnie jak przed rokiem najlepszy w całym cyklu Letniej Grand Prix okazał się Polak - tym razem był to Dawid Kubacki, który na igielicie prezentował się wprost genialnie!

Finałowe zawody LGP zostały rozegrane w ostatni wtorek w niemieckim Klingenthal. Już po I serii konkursu na prowadzeniu znajdował się Kubacki, który skoczył 140 metrów. W II serii Polak uzyskał 130 metrów i mógł cieszyć się z 5 konkursowego zwycięstwa w całym cyklu. Co ciekawe Kubacki wygrał wszystkie konkursy w których brał udział, a były to kolejno - Wisła, Hinterzarten, Courchevel, Hinzenbach i Klingenthal. Zwycięzca LGP w ogóle w lecie imponował formą - dość powiedzieć, że we wszystkich oddanych skokach, czy to treningowych, kwalifikacyjnych, czy też konkursowych nie uplasował się poniżej 7 miejsca! Jak wiadomo nie zawsze udaje się przełożyć formę z lata na zimę, ale miejmy nadzieję, że w tym przypadku Dawid Kubacki równie dobrze będzie prezentował się w sezonie zimowym 2017/18. W tym miejscu wartym podkreślenia wydaje się jednak fakt, że Kubacki tak naprawdę nie miał w przekroju całego cyklu rywala znajdującego się w równie dobrej dyspozycji. Dość powiedzieć, że 2 i 3 zawodnik całego cyklu, czyli Słoweniec Anze Lanisek oraz Japończyk Junshiro Kobayashi nie zakwalifikowali się nawet do II serii zawodów w Klingenthal. Pozostali Biało-czerwoni tego lata prezentowali się równie dobrze - Polacy wygrali konkurs drużynowy w Wiśle, a Maciej Kot, Piotr Żyła i Stefan Hula ukończyli rywalizację w LGP w pierwszej 10-tce klasyfikacji generalnej. Trochę gorzej spisywał się Kamil Stoch, który ostatecznie zajął dopiero 26 miejsce. Nasz podwójny mistrz olimpijski zachowuje jednak spokój, bowiem już w finałowych zawodach LGP uplasował się na 7 lokacie. Stefan Horngacher w przygotowaniach do sezonu olimpijskiego zaordynował swoim podopiecznym solidną dawkę treningu, ale tradycyjnie nie zapomniał o przerwach i regeneracji. Polska kadra nie wzięła więc udziału w konkursach w japońskiej Hakubie oraz rosyjskim Czajkowskim. Podobny tok przygotowań obserwowaliśmy w zeszłym roku. Na zapleczu LGP, czyli w Letnim Pucharze Kontynentalnym błysnął Klemens Murańka, który wygrał cały cykl. Jak zatem widzimy Biało-czerwoni u progu sezonu prezentują naprawdę dobrą formę. Pod koniec listopada w Wiśle będziemy świadkami inauguracji zimowego sezonu 2017/18 i mam nadzieję, że ta dobra forma zostanie podtrzymana, a jej apogeum zobaczymy podczas IO w koreańskim Pjongczang.

 

 

Wyniki ostatniego konkursu LGP w Klingenthal:

1. Dawid Kubacki (Polska) 262,4 pkt

2. Andreas Wellinger (Niemcy) 256,0

3. Johann Andre Forfang (Norwegia) 253,7

 

Końcowa klasyfikacja LGP 2017:

1. Dawid Kubacki (Polska) 500 pkt

2. Anze Lanisek (Słowenia) 353

3. Junshiro Kobayashi (Japonia) 332

 

Końcowa klasyfikacja Letniego Pucharu Kontynentalnego:

1. Klemens Murańka (Polska) 700 pkt

2. Tilen Bartol (Słowenia) 627

3. Pius Paschke (Niemcy) 562 


00:54, kaspa225 , Zimowe
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 października 2017
Od GP Węgier do GP Malezji 2017: Lewis Hamilton dodał gazu!

Za nami kolejne 5 eliminacji mistrzostw świata Formuły 1. Od ostatnio opisywanego przeze mnie GP Wielkiej Brytanii sporo się zmieniło - Lewis Hamilton zaczął na poważnie walkę o tytuł, natomiast Sebastian Vettel zaliczał słabsze starty niż w pierwszej połowie sezonu.

GP Węgier w dużej mierze miało dać odpowiedź na pytanie, czy będziemy świadkami zmiany na fotelu lidera klasyfikacji generalnej mistrzostw świata. Przed wyścigiem na torze Hungaroring Lewis Hamilton tracił do Sebastiana Vettela zaledwie 1 punkt. Niemiec nie pozwolił sobie jednak na chwilę słabości i wraz z kolegą z teamu Ferrari - Finem Kimi Raikkonenem zajęli dwa pierwsze miejsca na podium. Jako trzeci na metę dojechał również Fin - Valtteri Bottas. Kierowca Mercedesa uprzedził tym samym swojego partnera z zespołu Lewisa Hamiltona. Brytyjczyk zajął 4 miejsce i musiał odłożyć na później marzenia o prowadzeniu w klasyfikacji generalnej. Okazja do zbliżenia się do Vettela przyszła już podczas GP Belgii. Hamilton imponował tam formą - po raz 68 wywalczył pole position, czym zrównał się z absolutną legendą tego motosportu Niemcem Michaelem Schumacherem. Ponadto Brytyjczyk "wykręcił" najlepszy czas okrążenia w historii toru Spa-Francorchamps. Wszystko wskazywało na to, iż jego jubileuszowy 200-setny wyścig w F1 zakończy się pewnym zwycięstwem. Scenariusz ten spełniał się w 100%, aż do momentu kuriozalnego wypadku kierowców Force India. Sergio Perez i Esteban Ocon starli się już na starcie, kiedy ich bolidy zetknęły się, unikając jednocześnie uderzenia o bandy. Kiedy wyścig wchodził w decydującą fazę, a oni obaj byli w pierwszej dziesiątce - Perez zajechał drogę szybszemu, próbującemu go wyprzedzać Oconowi. Francuz w wyniku kolizji stracił przednie skrzydło, a Meksykanin tylne koło. Świetny jak do tej pory wyścig zamienił się w prawdziwy koszmar dla Force India. Na tor wjechał więc samochód bezpieczeństwa, a tuż po restarcie Vettel bardzo mocno zaatakował Hamiltona. Ten jednak po mistrzowsku odparł atak Niemca i dowiózł zwycięstwo do końca. Skład podium uzupełnił Australijczyk Daniel Ricciardo z Red Bulla. Hamilton postanowił pójść za ciosem - na torze Monza po raz 69 wywalczył pole position, prezentując przy tym świetną jazdę. W samym wyścigu o GP Włoch było podobnie - Brytyjczyk bez większych problemów zameldował się na 1 miejscu. Na dodatek tuż za jego plecami zmagania ukończył Bottas, przez co 3 na mecie Vettel stracił prowadzenie w klasyfikacji generalnej MŚ. Prawdziwym błogosławieństwem może okazać się dla Hamiltona wyścig o GP Singapuru - trzykrotny mistrz świata startował na torze Marina Bay z trzeciej linii startowej, ale mniej udane kwalifikacje okazały się dla niego zbawienne. Startujący przed Hamiltonem Holender Max Verstappen z Red Bulla zderzył się z Kimim Raikkonenem, a ofiarą tego zdarzenia padł jeszcze Sebastian Vettel. Wszyscy trzej w efekcie musieli zakończyć swój udział w wyścigu. To był wprost wymarzony scenariusz dla Hamiltona - Brytyjczyk wykorzystał sytuację i wygrał 3 wyścig z rzędu. Za jego plecami rywalizację ukończyli Daniel Ricciardo oraz Valtteri Bottas. W ostatniej dotychczas rozegranej eliminacji MŚ, czyli GP Malezji na torze Sepang, zwyciężył Max Verstappen, który na 4 okrążeniu wyścigu perfekcyjnie wyprzedził prowadzącego Hamiltona (70 pole position). Brytyjczyk nie chcąc prowokować głupich sytuacji kontrolował wydarzenia na torze i do mety dojechał na 2 miejscu. Skład podium uzupełnił Daniel Ricciardo. Zachowanie Hamiltona można na pewno wytłumaczyć tym, iż Sebastian Vettel przystępował do zmagań z ostatniego miejsca poprzez brak startu w kwalifikacjach (problemy techniczne). Niemcowi należą się jednak ogromne brawa, ponieważ ostatecznie ukończył rywalizację tuż za podium i raczej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w walce o tytuł mistrzowski. Kolejną odsłoną rywalizacji najlepszych kierowców świata będzie GP Japonii już w najbliższą niedzielę.

 

 

Wyniki GP Węgier:

1. Sebastian Vettel (Niemcy/Ferrari) 1:39.46.713
2. Kimi Raikkonen (Finlandia/Ferrari) +0.908
3. Valtteri Bottas (Finlandia/Mercedes) +12.462 


Wyniki GP Belgii:

1. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) 1:24.42.820
2. Sebastian Vettel (Niemcy/Ferrari) +2.358
3. Daniel Ricciardo (Australia/Red Bull) +10.791 


Wyniki GP Włoch:

1. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) 1:15.32.310
2. Valtteri Bottas (Finlandia/Mercedes) +4.471
3. Sebastian Vettel (Niemcy/Ferrari) +36.317


Wyniki GP Singapuru:

1. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes 2:03.23.543
2. Daniel Ricciardo (Australia/Red Bul)l +4.507
3. Valtteri Bottas (Finlandia/Mercedes) +8.800 


Wyniki GP Malezji:

1. Max Verstappen (Holandia/Red Bull) 1:30.01.290
2. Lewis Hamilton (Wlk. Brytania/Mercedes) +12.770
3. Daniel Ricciardo (Australia/Red Bull) +22.519


17:39, kaspa225 , F1
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 października 2017
ME siatkarek 2017: Serbki wracają na tron po 6 latach.

Za nami kolejne siatkarskie wydarzenie tego sezonu. W ostatnią niedzielę zakończyły się ME siatkarek rozgrywane w Gruzji i Azerbejdżanie. Złoty medal po 6 latach przerwy odzyskała reprezentacja Serbii.

Ostatnie 2 edycje imprezy stały pod znakiem złotych medali reprezentacji Rosji. Tym razem Rosjanki nie zdołały awansować nawet do najlepszej czwórki turnieju. Na drodze "Sbornej" stanęła bowiem rewelacyjna Turcja, która wyeliminowała z rywalizacji najbardziej utytułowaną drużynę ME. Turczynek miło nie będą wspominać Polki - podopieczne Jacka Nawrockiego turniej zaczęły od emocjonującego zwycięstwa z Niemkami (3:2), następnie pokonały Węgierki (3:1), a na koniec gładko przegrały z Azerkami (0:3). Porażka ze współgospodyniami imprezy skazała nas na walkę w barażach o ćwierćfinał. Tam los skojarzył naszą reprezentację właśnie z Turcją. Niestety Polki uległy rywalkom 1:3. Naszym siatkarkom nie sposób odmówić woli walki, ale w ostatecznym rozrachunku okazały się po prostu gorsze. Na dzień dzisiejszy w dalszym ciągu widzimy, że trwa przebudowa drużyny z myślą o IO w Tokio. Mam tylko nadzieję, że zanim uformuje się ostateczny skład kadry będziemy jeszcze mieli szansę na kwalifikację do IO. Trener Jacek Nawrocki prawdopodobnie pozostanie na stanowisku selekcjonera, dlatego też najbliższą weryfikacją jakości sportowej naszej drużyny będzie Liga Światowa, która ma w przyszłym roku zastąpić rozgrywki World Grand Prix. W tym miejscu trzeba przypomnieć, iż Polek zabraknie na przyszłorocznych MŚ w Japonii, dlatego tak ważna będzie wspomniana LŚ. Wracając do tegorocznych ME - w ćwierćfinałach bardzo dobrze zaprezentowała się reprezentacja Holandii. Wicemistrzynie Europy sprzed 2 lat pewnie pokonały Włoszki (3:0). Serbki również pokazały, że będą piekielnie groźne (wygrana 3:0 z Białorusinkami). Niemki natomiast ponownie przegrały z Azerkami (w spotkaniu grupowym było 1:3, a w ćwierćfinale 0:3). Jak już zdążyłem wspomnieć największą sensacją tej fazy turnieju było zwycięstwo Turcji nad Rosją. Dwa spotkania półfinałowe miały zupełnie inny przebieg - Serbia bardzo łatwo ograła Turcję (3:0), a Holandia po niezwykle zaciętym meczu wygrała z Azerbejdżanem (3:2). Jak to zwykle bywa w meczu o brązowy medal podstawowe pytanie brzmiało - "Co z motywacją?". Po I secie spotkania wydawało się, że to Azerki mają jej więcej i to one chcą bardziej zdobyć swój pierwszy medal w historii ME. Później do głosu doszły jednak podopieczne trenera Giovanniego Guidettiego, który miał niemały wpływ na przebieg II seta - Włoch zdecydował się zagrać trzema przyjmującymi, co w konsekwencji doprowadziło do poprawy gry Turczynek i wygrania seta. W III partii siatkarki znad Bosforu dosłownie rozstrzelały Azerki - wynik 25:14 jest głównie zasługą świetnej zagrywki. Trener reprezentacji Azerbejdżanu Faig Garajew dał w tej części meczu odpocząć swoim największym gwiazdom - Polinie Rahimowej oraz Natalii Mammadowej, po to by w IV secie nabrały sił do walki. Niestety dla współgospodyń imprezy ta partia okazała się prawdziwą partią "wstydu" - wynik 8:25 mówi wszystko. Turcję do sukcesu poprowadził duet Neriman Ozsoy i Gozde Kirdar. Obie siatkarki zdobyły w tym meczu odpowiednio 23 i 22 punkty. Turcja tym samym zdobyła swój 3 medal ME (1 srebro, 2 brązy). Faworytem finału była ekipa Serbii, która wygrała wszystkie mecze w turnieju, także starcie fazy grupowej z Holandią (3:0). Po początkowych problemach w I secie, Serbki zdołały uspokoić swoją grę i powróciły do dominacji nad rywalem. Set zakończył się zwycięstwem faworytek 25:20. W II partii ducha walki pokazała Holandia prowadzona przez amerykańskiego trenera Jamie'ego Morrisona. "Oranje" pomimo olbrzymiego naporu ze strony Serbek (dobra zagrywka i wysoka skuteczność w ataku) do końca walczyły o zwycięstwo. Na ich nieszczęście niezwykle skuteczna była serbska atakująca Tijana Bosković. To głównie dzięki niej Serbia powiększyła prowadzenie w meczu do 2:0. Ekipa prowadzona przez Zorana Terzicia w III secie chciała postawić przysłowiową kropkę nad "i", ale właśnie w tym momencie nadszedł słabszy moment - Serbki nie serwowały już tak dobrze, a i skuteczność w ataku znacznie spadła. Wykorzystały to Holenderki prowadzone przez dobrze grające Lonneke Sloetjes i Maret Balkestein-Grothues. Ostatecznie "Oranje" wygrały 25:18. Holenderki bardzo chciały wyrównać stan meczu, ale Serbki powróciły do swojej dobrej gry - tym razem blok i niesamowita Bosković dały ostateczne zwycięstwo drużynie Terzicia. Tijana Bosković, grająca na co dzień w tureckim Eczacibasi Stambuł, zdobyła w finale, aż 29 punktów! Nic więc dziwnego, że została MVP całej imprezy. Serbka chociaż ma dopiero 20 lat to już udowodniła, że jest jedną z najlepszych siatkarek na świecie. Serbia natomiast zdobyła swój 5 medal ME (licząc dawną Jugosławię). W dorobku drużyny z Bałkanów znajdują się 2 złote, 1 srebrny i 2 brązowe krążki. Ekipa Zorana Terzicia wygrywając tegoroczne mistrzostwa kontynentu powróciła na mistrzowski tron po 6 latach, kiedy to w finale po zaciętym pojedynku pokonała reprezentację Niemiec.


Mecz o 3 miejsce:

Turcja-Azerbejdżan 3:1 (22:25, 25:21, 25:14, 25:8)




Finał:

Serbia-Holandia 3:1 (25:20, 25:22, 18:25, 25:18)

 


wtorek, 03 października 2017
Z cyklu małe polskie sukcesy-część 121.

Trzy srebrne medale zdobyli polscy wioślarze podczas rywalizacji na mistrzostwach świata w amerykańskiej Sarasocie (stan Floryda), które zakończyły się w ostatni weekend.

Pierwszy srebrny medal zdobyła nasza czwórka podwójna kobiet, która wystartowała w składzie: Katarzyna Zillmann, Marta Wieliczko, Maria Springwald i Agnieszka Kobus. Polki długo płynęły na pierwszej pozycji. Prowadzenie straciły na ostatnich 500 metrach dystansu. W końcówce wyprzedziły ich Holenderki, które z wynikiem 6.16,720 zdobyły upragnione złoto. Nasze brązowe medalistki IO z Rio zakończyły rywalizację z wynikiem 6.17,710. Rezultat ten dał im srebrny medal, który dla Polek jest wspaniałym sukcesem. – Naprawdę starałyśmy się dogonić Holenderki na ostatnich 500 metrach. Dałyśmy z siebie wszystko, co mogłyśmy, ale nie udało się wyprzedzić rywalek. W zeszłym roku zdobyłyśmy brąz, w tym roku srebro. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zdobędziemy złoto – powiedziała po finale Agnieszka Kobus. Brązowy medal wywalczyły zawodniczki Wielkiej Brytanii, które po pierwszej części dystansu plasowały się na 5. lokacie. Pod koniec wyścigu zdołały wyprzedzić Niemki i ostatecznie przypłynęły do mety z czasem 6.21,560.

Srebrny medal zdobyła także nasza kobieca czwórka bez sterniczki. Nasza osada w składzie: Maria Wierzbowska, Monika Ciaciuch, Joanna Dittmann i Olga Michałkiewicz uzyskała w finale rezultat 6.34,25. Podopieczne trenera Jakuba Urbana świetnie rozwiązały wyścig pod względem taktycznym. Po 500 metrach zajmowały trzecie miejsce. Następnie przesunęły się na drugą pozycję i odparły na ostatnich metrach atak Rosjanek. Wygrały Australijki, które przesuwały się z szóstego miejsca po 500 metrach na coraz wyższe pozycje. Na półmetku płynęły na piątej pozycji. W drugiej części dystansu osiągnęły prowadzenie i dowiozły pozycję liderek do mety. Zwyciężyły z rezultatem 6.33,580. Brązowy medal wywalczyły Rosjanki z czasem 6.34,670. Długo na czele znajdowały się Holenderki. Jeszcze po 1500 metrach były na pierwszej pozycji, jednak nie starczyło im sił na końcówkę. Ostatecznie brązowe medalistki ME zajęły 5. lokatę. – Dziękuję trenerom za dobre przygotowanie. Był to najlepszy wyścig w moim życiu. Medal dedykuję mojej siostrze Ani, która trzymała cały czas za nas kciuki. Teraz czuje się lepiej, jest bardzo silna, ambitna i chce jechać do Tokio  – powiedziała Maria Wierzbowska. Bardzo cieszy nas sukces czwórki bez sterniczki w kontekście igrzysk w Tokio. W tym roku Międzynarodowy Komitet Olimpijski wprowadził tę konkurencję do programu igrzysk.

Polski dorobek medalowy zamknęli Mateusz Biskup i Mirosław Ziętarski. Polska dwójka była upatrywana w gronie głównych pretendentów do wywalczenia medalu. Polacy rozpoczęli wyścig mocno, prowadząc przez całą długość pierwszej połowy dystansu. W dalszej części znacznie przyśpieszyli Nowozelandczycy i Włosi. Obie osady wyprzedziły Polaków przed decydującym finiszem. Na ostatnich 250 metrach nasi wicemistrzowie Europy ruszyli do fantastycznego ataku. Wyprzedzili Włochów, jednak zabrakło dystansu na „łyknięcie” złotych Nowozelandczyków. – W pierwszej części dystansu płynęło nam się bardzo dobrze. Na ostatnich 500 metrach przyśpieszenie Nowej Zelandii było szalone, nie mogliśmy ich powstrzymać. Widzieliśmy przemykające obok nas osady. Na szczęście udało nam się odeprzeć atak Włochów. Jesteśmy zadowoleni z wyniku – powiedział o wyścigu, Mateusz Biskup. Najlepsi w tej rywalizacji – John Storey i Christopher Harris uzyskali wynik 6.10,070. Biskup i Ziętarski zakończyli z wynikiem 6.10,660, natomiast brązowi Włosi (Filippo Mondelli, Luca Rambaldi) uzyskali czas 6.11,330.


Wyniki:

czwórka podwójna kobiet (W4x):

1. Holandia 6.16,720

2. Polska 6.17,710

3. Wielka Brytania 6.19,930


czwórka bez sterniczki kobiet (W4-):

1. Australia 6.33,580

2. Polska 6.34,250

3. Rosja 6.34,670


dwójka podwójna mężczyzn (M2x):

1. Nowa Zelandia 6.10,070

2. Polska 6.10,660

3. Włochy 6.11,330


sobota, 30 września 2017
Kolarskie MŚ 2017: Peter Sagan po raz trzeci w koronie!

Za nami ostatnia duża kolarska impreza w tym roku. W ostatni weekend w norweskim Bergen zakończyły się mistrzostwa świata. Najjaśniej zaświeciła na nich gwiazda Petera Sagana, który po raz trzeci z rzędu został złotym medalistą w wyścigu ze startu wspólnego.

Mistrzostwa tradycyjnie rozpoczęły się od jazdy drużynowej na czas. Zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn triumfowała ekipa Sunweb. Warto jednak w tym miejscu zaznaczyć, że damska drużyna jest klasyfikowana jako ta pochodząca z Holandii, a męska z Niemiec. To właśnie w składzie tej drugiej jechał m.in. zwycięzca tegorocznego Giro d'Italia - Holender Tom Dumoulin. Brązowy medal w męskiej rywalizacji zdobyła ekipa Sky. Brytyjczycy jechali w składzie Owain Doull, Chris Froome, Wasil Kiryjenka, Gianni Moscon, Geraint Thomas oraz Michał Kwiatkowski. Polak tym samym zdobył swój 5 medal MŚ w wyścigach seniorów (złoto indywidualnie - 2014, złoto drużynowo z ekipą Quick-Step - 2013, srebro drużynowo razem z Quick-Step - 2015, dwukrotnie brąz - raz z teamem Quick-Step i raz ze Sky, odpowiednio w 2014 i 2017 roku). Jako, że w swoich notkach i wynikach poniżej nie prezentuję osiągnięć juniorów, muszę jednak wspomnieć o bardzo dobrym występie Filipa Maciejuka, który w jeździe indywidualnej na czas zdobył brązowy medal. W tym samym wyścigu, ale w kategorii U-23, mistrzem świata został Duńczyk Mikkel Bjerg. Wśród kobiet mistrzynią w jeździe indywidualnej na czas została Holenderka Annemiek van Vleuten. Wyścigiem, który skupiał większą uwagę mediów i kibiców na całym świecie była znów jazda indywidualna na czas, ale tym razem z udziałem elity mężczyzn. My mocno liczyliśmy na Macieja Bodnara, który niestety przez dwa upadki na trasie zakończył swój występ na odległej lokacie. Fenomenalnie pojechał za to Tom Dumoulin. Holender w ostatecznym rozrachunku miał prawie minutę przewagi nad drugim Słoweńcem Primożem Rogliciem! Swój medal zdobył także Chris Froome, uzupełniając skład podium. Obaj kolarze mogą zatem uznać rok 2017 za niezwykle udany. Dumoulin do wygranej w Giro dołożył 2 złota MŚ, a Froome do triumfu w TdF i Vuelcie dorzucił 2 brązowe krążki MŚ. Na koniec imprezy rozegrano 3 wyścigi szosowe ze startu wspólnego. Najpierw o tytuł powalczyła elita kobiet - bardzo dobrze, a jednocześnie pechowo swój start zakończyła Katarzyna Niewiadoma. Jeszcze na 10 kilometrów przed metą Polka znajdowała się w ucieczce wraz z Chantal Blaak (Holandia), Anną Van Der Breggen (Holandia), Annemiek van Vleuten (Holandia), Katrin Garfoot (Australia), Hanną Barnes (Wielka Brytania) oraz Audrey Cordon Ragot (Francja). Z tej 7-osobowej grupy urwać postanowiła się Chantal Blaak i była to bardzo dobra decyzja, ponieważ Holenderka sięgnęła po złoto. Na 4 kilometry przed metą swojej szansy szukała także Niewiadoma, ale jej plan spalił na panewce, bowiem rywalki nie pozwoliły jej na ucieczkę, a na dodatek tuż przed finiszem peleton dogonił uciekające zawodniczki. Polka walczyła o medal z całych sił, ale ostatecznie skończyła na 5 miejscu. Srebro przypadło w udziale Katrin Garfoot, a brąz Dunce Amalie Dideriksen. W kategorii U-23 wśród mężczyzn w tej samej konkurencji mistrzem świata został Francuz Benoit Cosnefroy. Modną ostatnio "truskawką na torcie" był oczywiście wyścig elity ze startu wspólnego. Na liczącej 267,5 kilometra trasie nikt nie potrafił wypracować sobie przewagi, tak by móc na finiszu spokojnie unieść ręce w geście triumfu. Dlatego też byliśmy świadkami bardzo emocjonującej walki na ostatniej prostej. O medale rywalizowała grupa 26 kolarzy, a najlepszy na ostatnich metrach okazał się Peter Sagan. Słowak stoczył fantastyczny pojedynek z reprezentantem gospodarzy - Alexandrem Kristoffem, który ostatecznie musiał zadowolić się srebrnym medalem. Trzecie miejsce zajął Michael Matthews z Australii. Michał Kwiatkowski do samego końca walczył o medal, ale nie dał rady. Polak został zamknięty na finiszu i ukończył rywalizację dopiero na 11 miejscu. Sagan wygrywając w Bergen przeszedł do historii kolarstwa - jeszcze nikt nie wygrał trzech indywidualnych tytułów mistrza świata (w wyścigu ze startu wspólnego) z rzędu! Słowak dzięki temu sukcesowi znów umocnił swoją pozycję w ojczyźnie - wśród naszych południowych sąsiadów ma on status podobny do tego, jaki u nas ma Robert Lewandowski, czy też kiedyś Adam Małysz.

 



 

Wyniki:

Wyścig szosowy (M):

1. Peter Sagan (Słowacja) 6:28.11

2. Alexander Kristoff (Norwegia) +0,00

3. Michael Matthews (Australia) +0,00 

 

Jazda ind. na czas (M):

1. Tom Dumoulin (Holandia) 44.41,00

2. Primoż Roglić (Słowenia) +57,79

3. Christopher Froome (Wielka Brytania) +1.21,25


Wyścig szosowy U-23 (M):

1. Benoit Cosnefroy (Francja) 4:48.23

2. Lennard Kaemna (Niemcy) +0,00

3. Michael Carbel (Dania) +3,00

 

Jazda ind. na czas U-23 (M):

1. Mikkel Bjerg (Dania) 47.06,48

2. Brandon McNulty (USA) +1.05,92

3. Corentin Ermenault (Francja) +1.16,65


Wyścig szosowy (K):

1. Chantal Blaak (Holandia) 4:06.30

2. Katrin Garfoot (Australia) +28,00

3. Amalie Dideriksen (Dania) +28,00


Jazda ind. na czas (K):

1. Annemiek van Vleuten (Holandia) 28.50,35

2. Anna van der Breggen (Holandia) +12,16

3. Katrin Garfoot (Australia) +18,93  

 

Jazda druż. na czas (M):

1. Team Sunweb (Niemcy) 47.50,42

2. BMC Racing Team (USA) +8,29

3. Team Sky (Wielka Brytania) +22,35

 

Jazda druż. na czas (K):

1. Team Sunweb (Holandia) 55.41,63

2. Boels-Dolmans Cycling Team (Holandia) +12,43

3. Cervelo Bigla Pro Cycling Team (Niemcy) +28,03



piątek, 29 września 2017
ME koszykarzy 2017: Genialna Słowenia najlepsza w Europie!

Eurobasket mężczyzn rozgrywany od 31 sierpnia do 17 września miał mieć tylko jednego zwycięzcę - większość kibiców i ekspertów już przed rozpoczęciem turnieju widziała Hiszpanię na europejskim tronie jak cieszy się z 4 złota ME. Sport lubi jednak niespodzianki i zwycięzcą turnieju okazała się być zupełnie inna ekipa.

Rolę gospodarzy pełniły w tym roku 4 kraje - Finlandia, Rumunia, Izrael oraz Turcja. Faza pucharowa została w całości rozegrana w Turcji, a właściwie w Stambule. Niestety do tego etapu nie awansowała reprezentacja Polski, która w grupie rozgrywanej w Helsinkach (Finlandia) spisała się bardzo źle. Podopieczni trenera Mike'a Tylora zanotowali tylko jedno zwycięstwo - z najsłabszą w grupie Islandią. Polaków właściwie można by pochwalić jeszcze za spotkanie z Francją, gdzie nasi zawodnicy do końca stawiali zaciekły opór rywalom. Ogólnie rzecz biorąc mistrzostwa zakończyły się dla nas tradycyjną klapą. Bardzo dobrze w "polskiej" grupie zaprezentowała się reprezentacja Słowenii wygrywając wszystkie 5 spotkań (kolejno z Polską, Finlandią, Grecją, Islandią i Francją). Prym w drużynie prowadzonej przez trenera Igora Kokoskova wiódł Goran Dragić występujący na co dzień w Miami Heat, który w większości spotkań był najlepszym strzelcem zespołu. Nie bez znaczenia było również wsparcie zawodników Realu Madryt - Anthony'ego Randolpha oraz zaledwie 18-letniego Luki Doncicia. W fazie grupowej oprócz Słowenii wszystkie swoje pojedynki wygrała faworyzowana Hiszpania. "La Roja" pokonała Czarnogórę, Czechy, Rumunię, Chorwację oraz Węgry. W każdym z tych pojedynków ekipa Sergio Scariolo wyraźnie górowała nad rywalami, nie pozostawiając cienia wątpliwości kto jest lepszy na parkiecie. Hiszpania oraz Słowenia swoją dobrą dyspozycję potwierdziły w 1/8 finału, gdzie pokonały odpowiednio Turcję i Ukrainę. Największą niespodzianką tej fazy rozgrywek była z pewnością porażka Litwy z Grecją. Nasi sąsiedzi z północnego wschodu byli najlepsi w grupie B i raczej mieli większe apetyty na tych ME. W 1/8 finału odpadła także Francja, która okazała się minimalnie gorsza od Niemiec. Z dobrej strony pokazała się Rosja i Serbia. Oba zespoły pewnie awansowały do najlepszej czwórki turnieju mając spore nadzieje na powstrzymanie Hiszpanii w drodze po tytuł. Turniejowa drabinka ułożyła się jednak tak, że obie ekipy wpadły na siebie w półfinale. Drugą parę utworzyły Hiszpania i Słowenia. W ćwierćfinałach "La Roja" poradziła sobie z Niemcami, a Słowenia z Łotwą. Hiszpanie prowadzeni przez braci Gasol już od początku półfinałowego starcia napotkali na spory opór ze strony Słoweńców. Klucz do dobrej gry drużyny z Bałkanów stanowiła obrona - Słowenia bardzo dobrze broniła, utrudniając rywalom grę pod koszem. Rywale zmuszeni byli zatem do rzutów z dystansu, a ich celność była bardzo słaba (20 na 27 rzutów to pudła). Dodatkowo konsekwencją świetnej obrony Słowenii były straty Hiszpanów, po których ekipa Kokoskova rzucała cenne punkty. Po 15 "oczek" dla Słowenii zdobyli Randolph i Dragić, który miał jeszcze 6 zbiórek i 5 asyst. Kolejne rewelacyjne spotkanie rozegrał Doncić, który miał 11 punktów, 12 zbiórek i 8 asyst, a do tego ani jednej straty. Fantastyczna postawa Słowenii zaowocowała sensacją w postaci awansu do wielkiego finału! Takiego obrotu spraw mało kto się spodziewał, ale Słoweńcy w pełni na to zasłużyli. W drugim półfinale "dwoił się i troił" koszykarz Chimki Moskwa - Aleksiej Szwied. Koszykarz "Sbornej" zdobył 33 punkty, ale sam po prostu nie mógł wygrać meczu. Serbia praktycznie od początku kontrolowała przebieg spotkania i nawet przy skutecznym pościgu Rosjan miała w swoim składzie Bogdana Bogdanovicia. Koszykarz Sacramento Kings w końcówce spotkania wziął na siebie ciężar gry i wprowadził Serbów do finału. Bardzo podobny przebieg miał mecz o 3 miejsce - Hiszpanie zmotywowani chęcią zdobycia medalu na pożegnanie z kadrą Juana Carlosa Navarro, od początku narzucili swój styl gry. Gdy ich przewaga wydawała się być bezpieczna, do gry wrócili Rosjanie. W porę przebudzili się jednak bracia Gasol - łącznie w spotkaniu o brąz zdobyli 51 punktów (Pau - 26, Marc - 25). Wygrywając mecz, Hiszpania zdobyła swój 6 medal ME z rzędu oraz 9 krążek na 10 ostatnio rozegranych turniejów. Częścią tej wspaniałej ery był wspomniany już Navarro. Hiszpan zdobył z kadrą 6 medali ME (2 złote, 2 srebrne, 2 brązowe), 3 medale IO (2 srebrne i 1 brązowy) i 1 medal MŚ (złoto). Wielki finał miał być szansą dla Serbii na przełamanie ostatniej serii porażek w decydujących meczach wielkich imprez - Serbowie z ostatnich IO wrócili ze srebrem, podobnie było podczas ostatnich MŚ (porażki z USA). Tym razem po I kwarcie prowadzili 22:20. Na ich nieszczęście w II kwarcie swój koncert rozpoczął Goran Dragić, który rzucił w tej części spotkania 20 punktów. Kolejne dobre zawody rozgrywał również Luka Doncić - do momentu skręcenia kostki w III kwarcie - rzucił 8 punktów, miał 7 zbiórek i 2 asysty. To właśnie kontuzje w szeregach Słowenii mogły być szansą dla Serbii. Po stracie Doncicia, Dragić ostatnie kilka minut IV kwarty musiał przesiedzieć na ławce rezerwowych. Do tego momentu zdążył jednak uzyskać 35 punktów, 7 zbiórek i 3 asysty. Gdy wydawało się, że Serbia może dopaść Słowenię, ciężar gry wzięli na siebie pozostali gracze Kokoskova - Klemen Prepelić (łącznie 21 punktów w meczu) oraz Anthony Randolph zdobywali niezwykle cenne punkty i nie pozwolili, aby ich historyczny złoty medal przepadł. Słowenia tym samym zdobyła swój pierwszy medal ME i to od razu w najcenniejszym kolorze. Jakież musiało być święto w Lubljanie to mogę się jedynie domyślać. MVP tegorocznego Eurobasketu został oczywiście Goran Dragić. W związku z planowaną reformą międzynarodowych rozgrywek, prawdopodobnie następne ME odbędą się dopiero za 4 lata, ale czy tak faktycznie się stanie, dowiemy się zapewne w najbliższym czasie. 


Mecz o 3 miejsce:

Hiszpania–Rosja 93:85 (21:13, 24:15, 21:27, 27:30)




Finał:

Słowenia-Serbia 93:85 (20:22, 36:25, 15:20, 22:18)




czwartek, 28 września 2017
Zmarł Jake LaMotta [*]

W wieku 95 lat zmarł legendarny pięściarz Jake LaMotta. Na jego biografii oparto scenariusz filmu "Wściekły Byk" w reżyserii Martina Scorsese. O śmierci pochodzącej z Włoch bokserskiej legendy poinformowała córka Christie. Bezpośrednią przyczyną zgonu były komplikacje po zapaleniu płuc. LaMotta zmarł w domu opieki w Miami na Florydzie.

- Miał oczy, które tańczyły aż do samego końca. Miał najostrzejsze, najbardziej ożywione oczy, jakie kiedykolwiek widziałam - powiedziała żona Denise Baker, cytowana przez dziennik "The Guardian".

W latach 1941-54 stoczył 106 walk, z czego wygrał aż 83 a 30 przed czasem. Miał na swoim koncie dwa tytuły mistrza świata wagi średniej. Pierwszy zdobył po starciu z Marcelem Cerdanem. Pas skutecznie obronił w pojedynkach z Tiberio Mitrim oraz Laurentem Dauthuillem.

Walkę z tym ostatnim w 1950 roku magazyn "The Ring" uznał za najlepszą w roku. Do historii boksu przeszły jednak jego sześć starć z Sugarem Rayem Robinsonem. I choć tylko raz schodził z nich jako zwycięzca, to często podawano je jako przykład wspaniałego boksu.

LaMotta wyróżniał się niezwykłą wytrzymałością. Miał reputację pięściarza o najsilniejszym ciosie podbródkowym i z tego powodu był nazywany "Bykiem z Bronksu". W 1980 roku na podstawie jego życiorysu legendarny hollywoodzki reżyser nakręcił film "Wściekły Byk" z Robertem De Niro w roli LaMotty. Za tę rolę jeden z najlepszych aktorów został nagrodzony Oscarem.

Dziesięć lat później pięściarz trafił do Międzynarodowej Galerii Sław Boksu.


źródło: sport.tvn24.pl




środa, 27 września 2017
Alberto Contador zakończył karierę.

Alberto Contador został uroczyście pożegnany w rodzinnym Pinto. Kolarz zakończył karierę piątym miejscem na Vuelta a Espana i zwycięstwem na etapie kończącym się na legendarnym podjeździe pod Angliru. Contador ma na koncie siedem wygranych w wielkich tourach.

Teraz 35-latek poświęci się pracy nad wychowywaniem swoich następców.

- To niesamowite, że mogę doświadczyć tak uroczystego pożegnania. Jestem niezwykle dumny z mojego miasta, w którym się urodziłem i wychowałem. Z pewnością dalej będę jeździł na rowerze, co prawda już nie w tej samej roli, ale równie intensywnie. Bez was nie byłbym w stanie osiągnąć tego, co osiągnąłem. Wasza miłość i wsparcie sprawiało, że codziennie rano wstawałem i cierpiałem na treningach - powiedział Contador.


źródło: sport.interia.pl




 

Popularny "Pistolero" wygrywał Giro d'Italia w latach 2008 i 2015, Tour de France w latach 2007 oraz 2009, a także Vuelta a Espania w latach 2008, 2012 i 2014. Łącznie Hiszpan ma na koncie 7 wygranych w wielkich tourach. Contador był znany z widowiskowego stylu jazdy - często atakował i nie kalkulował. Za to podziwiało go wielu fanów kolarstwa na całym świecie. Niestety za Contadorem do końca życia będzie ciągnąć się słynna wpadka dopingowa przez którą stracił zwycięstwo w Tour de France (2010) oraz triumf w Giro d'Italia (2011). Dokładnie we wrześniu 2010 roku UCI ujawniła, iż u Contadora wykryto śladowe ilości tzw. klenbuterolu, czyli środka, który znajduje się na liście zakazanych substancji. Badanie przeprowadzono podczas TdF, gdzie jak wspomniałem Hiszpan okazał się najlepszy. Nie byłoby w tej historii nic nadzwyczajnego, gdyby nie dwa kontrowersyjne fakty - po pierwsze ilość klenbuterolu w organizmie Contadora wyniosła 50 pikogramów, czyli 400 razy mniej niż ilość, którą laboratoria akredytowane przez WADA mogą wykryć. Wielkie emocje wzbudziły też tłumaczenia samego "Pistolero", który przekonywał, że nielegalna substancja dostała się do jego organizmu razem ze zjedzonym stekiem. Sprawa ostatecznie została przekazana do Królewskiego Hiszpańskiego Związku Kolarskiego. Dokładnie 15 lutego 2011 roku Contador został uniewinniony. WADA oraz UCI nie dały jednak za wygraną i odwołały się od tej decyzji do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie (CAS). Ostatecznie 6 lutego 2012 roku kolarz został zdyskwalifikowany na 2 lata licząc od daty 6 sierpnia 2010 roku. Zdecydowałem się umieścić notkę o "Pistolero" na blogu, ponieważ jego przypadek jest zupełnie inny niż ten Lance'a Armstronga. W jego sprawie było sporo niejasności, a i tak ostatecznie nadal może pochwalić się wymienionymi zwycięstwami w tych trzech wielkich wyścigach. Ta sztuka udawała się naprawdę tylko wybitnej grupie kolarzy.


poniedziałek, 25 września 2017
US Open 2017: Sloane Stephens spełnia swój sen, a Rafael Nadal goni Rogera Federera.

Za nami ostatni wielkoszlemowy turniej w tym roku. Rywalizacja na nowojorskich kortach US Open przeszła do historii. W rywalizacji kobiet dużą niespodziankę sprawiła Amerykanka Sloane Stephens, natomiast w turnieju mężczyzn zwyciężył Hiszpan Rafael Nadal, sygnalizując tym samym chęć dogonienia Rogera Federera pod względem ilości wygranych w największych tenisowych turniejach.

Rywalizacja kobiet przyniosła bardzo pozytywne rozstrzygnięcia dla gospodarzy. Dość powiedzieć, że w półfinale oglądaliśmy, aż 4 reprezentantki USA! Stało się tak w szczególności przez słabą postawę czołowych tenisistek rankingu WTA. Rumunka Simona Halep odpadła już w I rundzie przegrywając swój pojedynek z powracającą na korty Rosjanką Marią Szarapową. Na tym samym etapie z turnieju odpadła Niemka Angelique Kerber (sensacyjna porażka z Japonką Naomi Osaką). Trochę lepiej spisała się triumfatorka Wimbledonu - Hiszpanka Garbine Muguruza zaszła bowiem do IV rundy, gdzie nie sprostała Czeszce Petrze Kvitovej. Na więcej z pewnością liczyła kolejna reprezentantka naszych południowych sąsiadów - Karolina Pliskova. Zawodniczka rozstawiona z numerem 1 odpadła po pojedynku z Coco Vandeweghe. To właśnie Vandeweghe wyeliminowała z rywalizacji naszą Agnieszkę Radwańską (III runda). Amerykanka była na tegorocznym US Open prawdziwym postrachem tenisistek z Europy Środkowo-Wschodniej, ponieważ w drodze do półfinału wygrywała kolejno z Radwańską (III runda), Czeszką Lucie Safarovą (IV runda) i wspomnianą już Pliskovą (ćwierćfinał). Następny dobry występ w tym roku zanotowała Venus Williams. Amerykanka awansowała do półfinału po pokonaniu w ćwierćfinale Petry Kvitovej. Pozostałe dwie półfinalistki również nie miały najprostszej drogi do tej fazy turnieju. Madison Keys pokonała w swojej "drabince" m.in. zawsze groźną Rosjankę Jelenę Wiesninę, czy też Ukrainkę Elinę Switolinę. Dla Sloane Stephens każda rywalka na drodze do półfinału była poważną przeszkodą. Amerykanka, dla której największym osiągnięciem do tej pory był półfinał Australian Open 2013, jeszcze 4 miesiące temu przechodziła rehabilitację po operacji lewej stopy. Warto jednak zwrócić uwagę, że Stephens potrafiła pokonać m.in. Słowaczkę Dominikę Cibulkovą. Do wielkiego finału awansowały Madison Keys, która bez większych problemów poradziła sobie z Coco Vandeweghe oraz Sloane Stephens, wygrywając po zaciętym pojedynku z Venus Williams. Zwycięstwo ze starszą z sióstr Williams dodało Stephens skrzydeł. W finale 24-latka grała bez kompleksów i bez zbędnej presji. Zupełnie inaczej wyglądała w tym pojedynku Madison Keys, która popełniała masę niewymuszonych błędów i grała po prostu nerwowo. Wygrywając US Open Sloane Stephens stała się jedną z większych sensacji w historii turnieju kobiecego. Teraz zobaczymy, czy był to jednorazowy wyskok, czy też sygnał, że śliczna tenisistka ma zamiar na stałe zadomowić się w światowej czołówce.


Finał kobiet:

Sloane Stephens (USA)-Madison Keys (USA) 6:3, 6:0



 

W rywalizacji Panów większość kibiców wobec nieobecności Serba Novaka Djokovicia oraz wycofania się z turnieju Brytyjczyka Andy'ego Murray'a, ostrzyła sobie zęby na kolejny historyczny pojedynek Nadala z Federerem. Hiszpan przebrnął bez większych problemów do fazy półfinałowej (stracił tylko 2 sety). Szwajcar natomiast wyglądał trochę gorzej - w I i II rundzie musiał męczyć się w 5-setowych starciach kolejno z Amerykaninem Francesem Tiafoe oraz Rosjaninem Michaiłem Jużnym. Dodatkowo turniejowa "drabinka" ułożyła się tak, że Federer w ćwierćfinale musiał zderzyć się z zawsze niewygodnym dla niego Argentyńczykiem Juanem Martinem del Potro, by w półfinale stoczyć kolejne "gwiezdne wojny" z Nadalem. Niestety nie doszło do tego wydarzenia, ponieważ del Potro znów znalazł sposób na Szwajcara. Argentyńczyk zapewnił widzom w Nowym Jorku sporo emocji, gdyż jeszcze wcześniej (IV runda) pokonał po kosmicznym meczu Austriaka Dominica Thiema. W półfinale sił del Potro starczyło tylko na jednego seta. Później do głosu doszedł Nadal i wygrał trzy kolejne partie. W drugim półfinale znaleźli się Hiszpan Pablo Carreno-Busta i reprezentant RPA - Kevin Anderson. To właśnie Anderson zadbał o to, abyśmy nie byli świadkami hiszpańskiego finału. Po początkowych problemach w I secie (4:6), przejął inicjatywę i nie dał sobie wydrzeć awansu do finału (7:5, 6:3, 6:4). Wielki finał nie był, aż tak jednostronnym widowiskiem jak mogłoby się wydawać. Anderson starał się walczyć, ale nie był w stanie przeciwstawić się bardzo dobremu tego dnia Nadalowi. Wstydu zatem nie było, lecz do wygrania US Open potrzeba czegoś więcej. To "coś" ma Rafa Nadal, który wygrał już 16 turniej Wielkiego Szlema w karierze - 1 raz Australian Open, 10 razy French Open, 2 razy Wimbledon i 3 razy US Open. Tym samym Hiszpan umocnił się na 2 miejscu w klasyfikacji wszechczasów zwycięzców singlowych turniejów wielkoszlemowych. Do Rogera Federera brakuje mu już tylko 3 triumfów. Możemy zatem oczekiwać, że przyszły sezon przyniesie jeszcze więcej emocji. Mam tylko nadzieję, że obu tenisistów będą omijać kontuzje, a do rywalizacji na najwyższym poziomie powrócą pozostali wielcy gracze.


Finał mężczyzn:

Rafael Nadal (ESP)-Kevin Anderson (RSA) 6:3, 6:3, 6:4 




23:44, kaspa225 , Tenis
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 103
Zakładki:
Ulubione